Już wróciłam i opowiadania znowu wysyłamy do graczki Licia19!
Wasza alfa,
Sombra.
niedziela, 6 kwietnia 2014
sobota, 5 kwietnia 2014
Od Chris CD Sombry
Gdzieś w mojej głowie wyświetla się ciągle film
gram główną rolę, a poza mną nie ma nic.
Nie słyszę dźwięków, nie widzę kolorów tła
tu nie ma dobra, tu nie ma nawet zła.
Gdzieś w mojej głowie zapala się nagle coś
jak mała iskra, palący sumienia głos.
Otwieram usta i wyrzucam niemy krzyk
zaciskam pięści i biję w mur aż do krwi.
Gdzieś w mojej głowie wewnętrzna wojna trwa
rozrywa myśli i nie wiem już, czy to ja.
Już chciałbym uciec, uwolnić się z tego snu
to niemożliwe, bo wszystko się dzieje TU...
W mojej głowie...
w mojej głowie...
w mojej głowie...
Gdzieś w mojej głowie...
~
- Cześć! - zatrzymała się przy mnie - Jak masz na imię?
Postanowiłam zaryzykować.
- Chris - odpowiedziałam z lekkim wahaniem - A-a ty?
Waderka uśmiechnęła się i usiadła na trawie.
- Clear. Masz ładne oczy.
Zdziwiłam się lekko. Nigdy nikt mi nie mówił, że mam coś "ładne". Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc tylko zrobiłam lekkiego zeza.
Clear parsknęła śmiechem i trąciła mnie lekko łapą.
- Wyglądasz sympatycznie. Zaprzyjaźnijmy się!
Otworzyłam lekko pysk, lecz się nie odezwałam. Odwróciłam wzrok, który zaszedł mgłą i mruknęłam tylko:
- Muszę to przemyśleć...
Szczenię pokiwało ze zrozumieniem głową.
- Jasne. Wiesz co? Oswoję cię - widząc moje zdziwienie, od razu zaczęła wyjaśniać - Nie musisz ze mną rozmawiać. Codziennie będę tu siadać obok ciebie i będziemy razem milczeć. Możemy na przykłąd obserwować chmury. Na początku usiądę z dala od ciebie, ale każdego dnia będę się coraz bardziej przybliżać. Potem zaczniemy rozmawiać. Będziesz mogła powiedzieć mi o czym tylko będziesz chciała! Tylko obiecaj mi jedno - codziennie będziesz tu siadać o tej samej porze. Stoi?
Spojrzałam na małą waderę, która wyrażała tak wielką inicjatywę i chęć do pomocy. Tylko po to, aby się ze mną zaprzyjaźnić. Aby mnie oswoić...
- Stoi - uśmiechnęłam się naprawdę bardzo, bardzo lekko.
(Clear?)
Od Lili ,,Młode smoki"
Tego dnia poszłam na Smoczą Łąkę, aby spotkać się z Cazador. Smoczyca siedziała w jaskini bacznie obserwując swoje jaja.
-Witaj Cazador - krzyknęłam już od progu.
-Witaj - przywitała się smoczyca.
Podeszłam i spojrzałam na nią.
-Jak tam życie - zagadnęłam.
-Dobrze. Dziś wyklują się moje dzieci.
-Gratulacje.
Gdy to powiedziałam jaja zatrzęsły się i zaczęły pękać. Wykluły się z nich trzy młode smoczki. Dwie samiczki i samczyk.Jedna była lodowa, druga roślinna... czy coś takiego, w każdym razie związana z naturą. Nie do końca wiem jak opisać jego na pewno był niebieski z kolorowymi kolcami na głowie i na końcu ogona.
Nagle do jaskini wpadły Charlie i Katrina. Podbiegły do nas i zaczęły robić maślane oczy do smoczątek.
-Jak się nazywają? - spytała Charlie.
-Możecie wymyślić im imiona - zaproponowała Cazador.
-Crystal - krzyknęła Kat wskazując na lodową samiczkę.
-Spring - zawołała za nią Charlie.
-A on będzie się nazywał Drako - powiedziałam patrząc na młodego smoka.
-Żałuję, ze nie mam takiej towarzyszki jak Cazador - powiedziała z żalem Kat.
-Ja też - przyznała jej młodsza koleżanka.
Spojrzałam porozumiewawczo na Cazador, Która powiedziała:
-Jeśli chcecie kiedy trochę podrosną mogą zostać waszymi towarzyszami.
Crystal:
-Witaj Cazador - krzyknęłam już od progu.
-Witaj - przywitała się smoczyca.
Podeszłam i spojrzałam na nią.
-Jak tam życie - zagadnęłam.
-Dobrze. Dziś wyklują się moje dzieci.
-Gratulacje.
Gdy to powiedziałam jaja zatrzęsły się i zaczęły pękać. Wykluły się z nich trzy młode smoczki. Dwie samiczki i samczyk.Jedna była lodowa, druga roślinna... czy coś takiego, w każdym razie związana z naturą. Nie do końca wiem jak opisać jego na pewno był niebieski z kolorowymi kolcami na głowie i na końcu ogona.
Nagle do jaskini wpadły Charlie i Katrina. Podbiegły do nas i zaczęły robić maślane oczy do smoczątek.
-Jak się nazywają? - spytała Charlie.
-Możecie wymyślić im imiona - zaproponowała Cazador.
-Crystal - krzyknęła Kat wskazując na lodową samiczkę.
-Spring - zawołała za nią Charlie.
-A on będzie się nazywał Drako - powiedziałam patrząc na młodego smoka.
-Żałuję, ze nie mam takiej towarzyszki jak Cazador - powiedziała z żalem Kat.
-Ja też - przyznała jej młodsza koleżanka.
Spojrzałam porozumiewawczo na Cazador, Która powiedziała:
-Jeśli chcecie kiedy trochę podrosną mogą zostać waszymi towarzyszami.
Crystal:
Spring:
Drako:
Uwaga!
Sombra ma problemy z komputerem, więc proszę wszystkie opowiadania przysyłać do Anabelles233234.
Wasza beta,
Amicitia.
Wasza beta,
Amicitia.
środa, 2 kwietnia 2014
Od Sombry CD Chris
Spojrzała na mnie, odsuwając się od zdobyczy. Spojrzałam na nią z politowaniem. Widać było w jej oczach głód, a żołądek słychać było na kilometr. Ta odwzajemniła spojrzenie i rzuciła obojętnie:
- Bierz.
Zbliżyłam się do martwego zająca. Dotknęłam go delikatnie i popchnęłam w stronę wadery.
- U nas nie panują takie zasady. Ty upolowałaś, ty jesz. - uśmiechnęłam się.
Chris rzuciła się z powrotem na jedzenie. Zniknęło w niecałe dwie minuty. Zakrztusiła się, więc poklepałam ją po grzbiecie. Z jej gardła wypadła kość. Podniosłam ją i położyłam na skale. Niedługo potem zabrał ją ptak. Chris patrzyła na to uważnym wzrokiem.
- To czego my nie jemy... - westchnęłam - Na pewno przyda się komuś innemu. Na przykład temu ptakowi.
- Po co mi to tłumaczysz? - pokręciła głową Chris.
Zmieszałam się. Najwyraźniej nie był to dobry moment. Wstałam i otrząsnęłam się z suchej trawy. Spojrzałam ponownie na wilczycę. Odwróciłam się i odeszłam w stronę jaskini. Kątem oka dostrzegłam moją córkę - Clear, która podchodzi do niej. "Nasza rodzina za bardzo próbuje się z nią zintegrować" pomyślałam i przyspieszyłam kroku. Usłyszałam jedynie strzępek z rozmowy wader.
- Nie wiem, co o tym myśleć... - to był głos Chris
- Ja też... - dodała Clear.
Przez resztę drogi zastanawiałam się o co im chodziło...
<Chris? O co chodziło?>
- Bierz.
Zbliżyłam się do martwego zająca. Dotknęłam go delikatnie i popchnęłam w stronę wadery.
- U nas nie panują takie zasady. Ty upolowałaś, ty jesz. - uśmiechnęłam się.
Chris rzuciła się z powrotem na jedzenie. Zniknęło w niecałe dwie minuty. Zakrztusiła się, więc poklepałam ją po grzbiecie. Z jej gardła wypadła kość. Podniosłam ją i położyłam na skale. Niedługo potem zabrał ją ptak. Chris patrzyła na to uważnym wzrokiem.
- To czego my nie jemy... - westchnęłam - Na pewno przyda się komuś innemu. Na przykład temu ptakowi.
- Po co mi to tłumaczysz? - pokręciła głową Chris.
Zmieszałam się. Najwyraźniej nie był to dobry moment. Wstałam i otrząsnęłam się z suchej trawy. Spojrzałam ponownie na wilczycę. Odwróciłam się i odeszłam w stronę jaskini. Kątem oka dostrzegłam moją córkę - Clear, która podchodzi do niej. "Nasza rodzina za bardzo próbuje się z nią zintegrować" pomyślałam i przyspieszyłam kroku. Usłyszałam jedynie strzępek z rozmowy wader.
- Nie wiem, co o tym myśleć... - to był głos Chris
- Ja też... - dodała Clear.
Przez resztę drogi zastanawiałam się o co im chodziło...
<Chris? O co chodziło?>
wtorek, 1 kwietnia 2014
Od Amicitii CD Strangera
Tereny mojej watahy były wielkie. Oczywiście zanim nastąpiła jej zagłada. Teraz ta ziemia była niezamieszkana. Czasami marzę, aby wszystko było tak jak dawniej, by moja rodzina była cała.
Nagle zobaczyłam wilka oddalonego o parę kilometrów, ale ziemia była płaska, więc widziałam go. Przypominał mi Quansena...Ale to niemożliwe! Przecież wataha kuzyna oddalona była o dobrych parę tysięcy mil! Ruszyłam z miejsca jak najszybszym biegiem. Wpadła ma mnie jakaś wadera, rycząc coś takiego.
-Bandyci! To bandyci! Ja się tym zajmę.
Złapałam ją za łapę.
-Ej, kochana, ale to mój kuzyn. Nazywa się Quansen i na pewno nie jest rabusiem.
Nie byłam tego do końca pewna, ale co miałam jej powiedzieć? ,,To nie bandyta! Dlaczego? Bo mam takie przeczucie". Przyjrzałam się jej podejrzliwie, ale nigdy wcześniej jej nie widziałam.
-Kim jesteś i jak się tu znalazłaś? I po co ci ten płaszcz? Jest gorąco.
Uśmiechnęła się protekcjonalnie. Jeszcze czego, żeby myślała, że zwiadowcy są ważniejsi od uzdrowicieli! Phi!
-Jestem Madeline, królewska zwiadowczyni. Przyszłam tutaj, ponieważ na waszych terenach zagnieździli się bandyci.
Zdusiłam chichot. Sombra będzie musiała mi to wszystko bardzo dokładnie wyjaśnić. Podeszłam do krawędzi zbocza. Niedaleko znajdowała się Krawędź Rozpaczy. A jakbym ją zepchnęła...? Nie, Sombra by mnie zabiła. Oprócz tego, że wyrzuciła z watahy. Wzruszyłam ramionami i pobiegłam znów. Wadera stała jeszcze chwilę, a po chwili odwróciła się i zniknęła w krzakach.
Dobiegłam do wilka przypominającego Quansena. Okazało się, że jest tylko wartownikiem w naprawdę sporym obozie. Podeszłam do niego i przedstawiłam się.
-Cześć, jestem Amy. Czy mogę wiedzieć kim jesteście?
Jego oczy zrobiły się wielkie i wypełniły się łzami. Puścił tarczę, którą miał się ochraniać w razie napaści i rzucił się na mnie.
-Amy, to naprawdę ty! Co z Anabelles?
Spuściłam łeb i zanuciłam jedną z ludowych pieśni, aby się nie rozpłakać. Podniosłam z szyi naszyjnik, który dał mi...ktoś. Nie wiem dlaczego, ale nie zapisało mi się to w pamięci. Miałam ochotę porozmawiać z Anne. Łzy skapnęła na ziemię i od razu wyrosły tam orchidee. Podniosłam łeb i zobaczyłam, że Quan okropnie zbladł. Przełknął ślinę i padł na kolana. Pogłaskałam go po głowie. Nie płakał. Był blady jak trup, a jego białka pokazały się w oczach. Po chwili zaczął się dusić. Krzyknęłam i dotknęłam ziemi, aby wyrosły na niej zioła. Wepchałam mu je do gardła. Wstał.
-To nie pierwszy taki atak. Wszyscy w grupie takie mają. Właśnie dlatego tu przyjechaliśmy. Aby prosić was o pomoc. Ponoć macie najlepszych uzdrowicieli w kraju.
Pierwsze słyszę, i o takiej chorobie, i o tym, że mamy najlepszych lekarzy na kontynencie. Przez łeb przepływały mi tysiące myśli. Musiałam ograniczyć dostęp jakichkolwiek wilków z zewnątrz do obozu. Ścisła kwarantanna. Udzieliłam Quanowi potrzebnych informacji i odbiegłam, aby poinformować Sombrę.
Po drodze wpadłam na Strangera. Skinęliśmy sobie, a chyba domyślił się, że coś jest nie tak, bo pobiegł ze mną bez słowa. Dobiegliśmy do jaskini i zastaliśmy tam alfę rozmawiającą po cichu z Kimm. Poprosiłam ją na słówko.
-Sombro, do jasnych piekieł, co to za Madeline i o co jej chodzi z jakimiś bandytami? To moi kuzyni! I do tego przyjechali, aby prosić nas o pomoc!
Miała dosyć nieodgadniony wyraz pyska. Musiała mi to wszystko dokładnie wyjaśnić.
<Sombro?>
Od Karino
Shayning zaprowadził mnie do Sombry - Alfy Watahy Srebrzystego Nieba. Poczułem ogromny stres, sam nie wiedzieć czemu. Spojrzałem z wahaniem na basiora - był ode mnie wyższy i starszy więc miałem z tym problem. Uśmiechnął się.
- Sombra! - krzyknął. Tuż obok mnie wylądowała wielka czerwona wadera (Czemu ,,wielka"!? To przez to że jestem bardzo niski. ) z lekkim pacnięciem przyprawiając mnie prawie o zawał serca.
- Emm... Sombra... to jest... - nie dokończył widząc, że wilczyca utkwiła wzrok na jego szyi. Spojrzał w dół. Ledwo widziałem jego zdziwiony wyraz twarzy.
- A to skąd się tu wzięło?
Sombra zamyśliła się po czym zaczęła z prędkością ulewy wyrzucać pytania:
- Gdzie byłeś?
- W lesie.
- Po co?
- Po lekarstwo dla Shantery.
- Udało ci się?
- Nie.
- Kogoś spotkałeś?
- Jego. - wskazał pyskiem w moją stronę. Sombra zwróciła się do mnie:
- Jesteś zagubionym?
- Eeee... - bąknąłem. Westchnęła cicho.
- Może łatwiej: zgubiłeś się w głuszy?
- Tak...
Z powrotem do Shayninga.
- Pomogłeś mu?
- Nie tej... Zostawiłem w lesie...
Sombra prychnęła.
- Pytam poważnie!
- No przecież że tak!
- Poświęciłeś się?
- No... jeśli masz na myśli że nie dałem się ognikom ... Zaufałem mu i skoczyłem w przepaść ....
Twarz wilczycy rozjaśnił uśmiech.
- Gratuluję! Jesteś wybrańcem Bosque!
- To dlatego mam ten świetlisty medalion!
- Tak! - pisnęła. Trąciłem go pyskiem przypominając o sobie.
- A tak... To jest Karino - przedstawił . Teraz wszyscy gapili się na mnie. Miałem ochotę schować się za plecami Shayninga niczym szczeniak. W końcu nim prawie byłem. No, sorry mam dopiero 2 lata! A raczej rok, ale 2 lata kończę jutro.
- Chciałbyś dołączyć do watahy? - zapytała.
- Chyba nie mam wyboru - zdałem się na lekki uśmiech.
<Sombra? Shayning?>
Od Katriny CD Kolosa
Byłam zdziwiona odpowiedzią Kolosa.''Tu jest przynajmniej nie jak w moim prawdziwym domu''.Nie odpowiadałam przez chwilę ale nagle się odezwałam.
- Ale o co tobie chodzi?Nie rozumiem...
- Mój ojciec zamordował wszystkich z mojej rodziny...Ale ja jakimś cudem zdołałem uciec.
- Przykro mi.Moja rodzinna wataha zginęła w pożarze...
- Mi także jest przykro.
- To nic. Znalazłam przepiękne miejsce na terenie naszej watahy. Czy chciał byś je zobaczyć?
- Co to za pytanie.Oczywiście, że chcę.
Zabrałam go w miejsce które wyglądało właśnie tak:
- Tu jest pięknie-powiedział Kolos przechodząc przez most.-Jak znalazłaś to miejsce?!
- Spacerowałam przez Ukrytą Plażę i zboczyłam nieco z drogi.Okazało się, że to jest niedaleko naszej jaskini.
- Bardzo prosty i fajny sposób - powiedział. - Katrino chodź za mną.
Byłam zaskoczona gdy Kolos kazał mi iść za nim.
-''Ciekawe gdzie idziemy'' - pomyślałam.
- Jesteśmy na miejscu - rzekł gdy już dotarliśmy. - Jak ci się podoba?
- Cudownie! Żadne inne słowa chyba tego nie określą!
<Kolos?>
- Ale o co tobie chodzi?Nie rozumiem...
- Mój ojciec zamordował wszystkich z mojej rodziny...Ale ja jakimś cudem zdołałem uciec.
- Przykro mi.Moja rodzinna wataha zginęła w pożarze...
- Mi także jest przykro.
- To nic. Znalazłam przepiękne miejsce na terenie naszej watahy. Czy chciał byś je zobaczyć?
- Co to za pytanie.Oczywiście, że chcę.
Zabrałam go w miejsce które wyglądało właśnie tak:
- Tu jest pięknie-powiedział Kolos przechodząc przez most.-Jak znalazłaś to miejsce?!
- Spacerowałam przez Ukrytą Plażę i zboczyłam nieco z drogi.Okazało się, że to jest niedaleko naszej jaskini.
- Bardzo prosty i fajny sposób - powiedział. - Katrino chodź za mną.
Byłam zaskoczona gdy Kolos kazał mi iść za nim.
-''Ciekawe gdzie idziemy'' - pomyślałam.
- Jesteśmy na miejscu - rzekł gdy już dotarliśmy. - Jak ci się podoba?
- Cudownie! Żadne inne słowa chyba tego nie określą!
<Kolos?>
Od Shyninga CD Strangera
Zleciałem na ziemię.
- Co jest Stranger?
- Twoja smoczyca... Zdaje mi się, że zauważyłem miejsce bez pancerza na łokciu.
Zszedłem ze smoka. Obejrzałem Shanterę ze wszystkich stron. Rzeczywiście, znalazłem miejsce bez pancerza.
- Niedobrze... Znam tylko jedno rozwiązanie...
Dobrze wiedziałem co oznacza brak ochrony dla smoka. Mały punkt może zdecydować o ich życiu i śmierci. Strasznie bałem się o Shanterę.
- Leć do reszty - poleciłem jej. Smoczyca kiwnęła głową i wzniosła się w powietrze. Zaczekałem chwilę, po czym ruszyłem w stronę lasu gdzie znajdowała się świątynia. Przy krawędzi rozglądnąłem się czy nikt nie idzie za mną i ruszyłem. Las był ogromny ale ja mam dobrą orientację w terenie. Zapamiętuje każde drzewo. Szedłem naprawdę długo. Las co chwilę się zmieniał. Robiłem liczne postoje. Dzień szybko minął. Za horyzontem zaczął się jarzyć księżyc. Było już naprawdę ciemno. Gwiazdy iskrzyły się na niebie. Nagle usłyszałem krzyk:
- Na pomoc!
Zerwałem się na równe nogi i popędziłem w dół zbocza. Na dnie leżał szary basior.
- Pomóż mi!
Wyciągnąłem go z rowu. Podziękował mi lecz kiedy wreszcie wylazł zaczął rzucać nerwowe spojrzenia wokół siebie.
- Zgubiłeś się? - zapytałem a on pokiwał głową.
- Chodź za mną.
Szliśmy długo kiedy nagle las zmienił się nie do poznania. Zrobił się większy niczym polana, drzewa były rzadsze. Parę niebieskich świetlików zagrodziło nam drogę. Przełknąłem ślinę.
- Polana błędnych ogników. Pamiętaj by nie odwracać się za siebie. W żadnym wypadku.
Basior pokiwał głową. Stąpaliśmy w ciszy. Nagle doznałem wizji. Przede mną stanęła Shantera nawołująca bym poszedł za nią. Wiedziałem że to błędne ogniki ale to było takie realne. Z czasem było ich coraz więcej. Z trudem stąpałem przed siebie. Widziałem okropne rzeczy. Jack rozrywający Anashelle, Anashelle wołająca o pomoc, przyjaciele w potrzebie i różne takie. Basior przeżywało to samo. Był okropnie blady. W ostatniej chwili powstrzymałem go od pójścia do ogników.
- Udało się! - wysapałem. Byłem szczęśliwy.
Szliśmy dalej. Nagle za krzaków wyskoczył ogromny zwierz. Musieliśmy uciekać. Przed nami wyrastały drzewa, omijałem je z wielkim trudem. Duchy lasu dołączyły się do gonitwy. Przed nami wyrósł kanion. Zrzuciłem drzewo robiąc most. Kazałem basiorowi przejść najpierw. Lecz kiedy przeszedł na drugą stronę drzewo rozprysło się na drzazgi.
- Uciekaj! - wrzasnąłem.
- Nie zostawię cię tutaj - spojrzał w dół i zamknął oczy. - Skacz!
- Zwariowałeś!?
- Zaufaj mi!
Zamknąłem oczy i rzuciłem się w głąb przepaści. Myślałem, co ja zrobiłem!? Leciałem tak w dół i w dół czekając na ból . Ale nic się nie stało. Kiedy otworzyłem oczy znajdowałem się na łące. Obok leżał szary basior.
- Wszystko dobrze?
- Chyba t- tak .. - wstałem i pomału ruszyłem z nim do watahy, nie zauważając nawet dziwnego medalionu na szyi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


