Nudziłam się jak nigdy wcześniej. Teleportowałam się z miejsca do miejsca. W końcu teleportowałam się na klif nad morzem. Spojrzałam w dół.
-Można było by się zabić- pomyślałam głośno
-Nie popełnisz przy mnie samobójstwa- usłyszałam za plecami. Odwróciłam się. Zobaczyłam wilka.
-Ale jak ni...- zaczęłam i chciałam powiedzieć, że nie planuje żadnego samobójstwa.
-Po co ci śmierć?- zapytał
-Bo się nudzę- powiedziałam z ironią w głosie i skończyłam. Wilk stanął jak wryty i patrzył jak spadam. W ostatniej chwili dla zabawy, teleportowałam się za wilka.
-Mogłem ją zatrzymać- słyszałam jak mówi sam do siebie
-Ale nie zatrzymałeś- powiedziałam- A tak przy okazji jestem Frisket- przedstawiłam się. Spojrzał na mnie zdziwiony- Czekam, aż powiesz jak masz na imię- powiedziałam z niecierpliwością.
<Jakiś basior?>
środa, 11 lutego 2015
Od Shayninga CD Rene
Rene podbiegła do mnie. Wyglądała na zmartwioną i złą, że przerwano jej spokój. Ale głównie zmartwioną.
Byłem zdziwiony, że nie słyszała TEGO. Jestem pewny, że ten grzmot wywołałby popłoch w watasze, gdyby było trochę bliżej. Może to dlatego, że miała słuchawki.
Biegłem przez lasy, prowadząc Rene za sobą. Bałem się, czy to coś jeszcze tam jest ale wątpię aby zniknęło. Po pewnym czasie, Rene rozłożyła błękitne skrzydła, jednak nie wzniosła się, aby mnie nie zgubić. Szybowała delikatnie, aby dotrzymać mi kroku. Na ziemi była o wiele wolniejsza niż w powietrzu.
Ujrzałem małą czarną plamkę na niebie. Skupiłem wzrok. Wyglądała jak kruk.. a może wrona. Jednak gdy z umiarem zjawisko zaczęło się przybliżać, zdołałem rozpoznać kształty sokoła. Tivo.
- Hey! - krzyknąłem, przykuwając uwagę nie tylko sokoła, ale i Rene. Ptak zleciał niżej, pozwalając sobie szybować na poziomie mojej głowy. Teraz widziałem wyraźnie jego złote oczy.
- Co ty tu robisz? - zapytałem w biegu, łapiąc dech.
- To samo co ty, bracie - skrzeknął (Wybacz, Rene, ale nie zrozumiałaś tego :P ) - My walczymy z wami.
- Wy...? - zapytałem łapiąc oddech.
Spojrzałem w górę. Nie mogłem uwierzyć. Rene też. Prawie się zatrzymałem. Niebo zostało usłane, niczym wielka czarna peleryna, nadlatującymi ptakami:
Orłami, sokołami, kaczkami, łabędziami... Animadzy. Animadzy powietrzni.
Zawyłem w ich stronę, W odpowiedzi powietrze wypełniło się odgłosami najróżniejszych skrzeków. W paru znich wyłapałem wilcze słowa - rozumiałem mowę sokołów. (P.S Dla niewiedzących - moja matka była animagiem)
- To wciąż za mało - usłyszałem przerywany oddech Rene w swoim uchu. - Ich jest więcej. Więcej, owiele.
- Sprowadzili całe miasto! - burknąłem niedowieżąco. - Ci, tam na górze, to animadzy powietrzni. Mają dwa wcielenia. To już przewaga!
- Wieem - Rene wydawała się trochę poirytowana. - Ale TY nie widziałeś ich armii.
Dotarliśmy na miejsce. Ku naszym oczom ukazało się miejsce ... spustoszone. Spalone kikuty drzew wyrastały z nagiej gleby, rzadko i cienko. Czuć było spaleniną, w powietrzu gromadził sie pył.
Ale po środku tego wszystkiego, znajdowała sie ogromna dziura, jakby wybita meteorytem. Grunt był pokryty gęstą węglową sadzą do kolan. Na skrajach ścianki tego zjawiska spływała gęsta czarna ciecz, która lała się ze środka i wypływała powoli na zewnątrz. Na powierzchni, znajdowały się ohydne lekko przezroczyste pęcherze, które bulgotały z każdą sekundą. Były wielkie, wielkości dorosłego wilka. Przy tym zjawisku zebrały się trzy armie:
Nasza, której ilość nie doruwnywała nawet ilości pęcherzy. Podniebni animadzy, którzy osiedli na czarnych kikutach. Połowa zmieniła się w wilki, które z groźną miną wpatrywały się w całe zajście. Na moich łopatkach usiadł Tivo. Srebrny znak zalśnił.
A trochę dalej znajdowała się kolejna armia. Mniejsza i jeszcze bardziej mizerna od naszej.. To była...
- Malu! Sock! Coraline! - zawołałem pełen niedowierzania. Przede mną pojawiły się dwa wilki i duch. Jedna granatowo biała, o blado-pomarańczowych oczach i kolorowej grzywie, druga, czarno-biała o wielkich skrzydłach i rozczochranej grzywce zleciała niedaleko i przezroczysta zjawa w kolorze smutnej szarości, ale o ciemno -zielonych oczach w których błyskały iskierki.
Ogarnęło mnie szczęście. Miałem ochotę przytulić tę dwójkę, jednak rozsądek mi nie pozwalał.
- Nie możecie z nami walczyć - odrzekłem od razu. - Wasza wioska jest za mała.. I nie wybaczył bym sobie jej utraty.
- Będziemy walczyć aż do śmierci - odrzekła Malu, a jej powaga mnie przeraziła. - Nie będziemy stać bezczynnie. Dla nas to zaszczyt walczyć w obronie tak potężnej watahy.
- Przestań - odrzekłem szybko, nie pozwalając pyszczkowi się zarumienić. Obok mnie Rene pisnęła i odskoczyła - może dlatego, że Sock chciał pobawić się w straszenie śmiertelników.
Nagle wydarzyło się coś dziwnego. Wszystkie armie odskoczyły jak na raz. Jednen z czarnych pęcherzy pękł, wyrzucając wokół siebie czarną ciecz. Ze środka pęcherza buchnęła para. Jakiś ciemny kształt gramolił się w środku. Wszyscy wstrzymali oddech. Coś wylazło. Zachłysnąłem się.
Byłem zdziwiony, że nie słyszała TEGO. Jestem pewny, że ten grzmot wywołałby popłoch w watasze, gdyby było trochę bliżej. Może to dlatego, że miała słuchawki.
Biegłem przez lasy, prowadząc Rene za sobą. Bałem się, czy to coś jeszcze tam jest ale wątpię aby zniknęło. Po pewnym czasie, Rene rozłożyła błękitne skrzydła, jednak nie wzniosła się, aby mnie nie zgubić. Szybowała delikatnie, aby dotrzymać mi kroku. Na ziemi była o wiele wolniejsza niż w powietrzu.
Ujrzałem małą czarną plamkę na niebie. Skupiłem wzrok. Wyglądała jak kruk.. a może wrona. Jednak gdy z umiarem zjawisko zaczęło się przybliżać, zdołałem rozpoznać kształty sokoła. Tivo.
- Hey! - krzyknąłem, przykuwając uwagę nie tylko sokoła, ale i Rene. Ptak zleciał niżej, pozwalając sobie szybować na poziomie mojej głowy. Teraz widziałem wyraźnie jego złote oczy.
- Co ty tu robisz? - zapytałem w biegu, łapiąc dech.
- To samo co ty, bracie - skrzeknął (Wybacz, Rene, ale nie zrozumiałaś tego :P ) - My walczymy z wami.
- Wy...? - zapytałem łapiąc oddech.
Spojrzałem w górę. Nie mogłem uwierzyć. Rene też. Prawie się zatrzymałem. Niebo zostało usłane, niczym wielka czarna peleryna, nadlatującymi ptakami:
Orłami, sokołami, kaczkami, łabędziami... Animadzy. Animadzy powietrzni.
Zawyłem w ich stronę, W odpowiedzi powietrze wypełniło się odgłosami najróżniejszych skrzeków. W paru znich wyłapałem wilcze słowa - rozumiałem mowę sokołów. (P.S Dla niewiedzących - moja matka była animagiem)
- To wciąż za mało - usłyszałem przerywany oddech Rene w swoim uchu. - Ich jest więcej. Więcej, owiele.
- Sprowadzili całe miasto! - burknąłem niedowieżąco. - Ci, tam na górze, to animadzy powietrzni. Mają dwa wcielenia. To już przewaga!
- Wieem - Rene wydawała się trochę poirytowana. - Ale TY nie widziałeś ich armii.
Dotarliśmy na miejsce. Ku naszym oczom ukazało się miejsce ... spustoszone. Spalone kikuty drzew wyrastały z nagiej gleby, rzadko i cienko. Czuć było spaleniną, w powietrzu gromadził sie pył.
Ale po środku tego wszystkiego, znajdowała sie ogromna dziura, jakby wybita meteorytem. Grunt był pokryty gęstą węglową sadzą do kolan. Na skrajach ścianki tego zjawiska spływała gęsta czarna ciecz, która lała się ze środka i wypływała powoli na zewnątrz. Na powierzchni, znajdowały się ohydne lekko przezroczyste pęcherze, które bulgotały z każdą sekundą. Były wielkie, wielkości dorosłego wilka. Przy tym zjawisku zebrały się trzy armie:
Nasza, której ilość nie doruwnywała nawet ilości pęcherzy. Podniebni animadzy, którzy osiedli na czarnych kikutach. Połowa zmieniła się w wilki, które z groźną miną wpatrywały się w całe zajście. Na moich łopatkach usiadł Tivo. Srebrny znak zalśnił.
A trochę dalej znajdowała się kolejna armia. Mniejsza i jeszcze bardziej mizerna od naszej.. To była...
- Malu! Sock! Coraline! - zawołałem pełen niedowierzania. Przede mną pojawiły się dwa wilki i duch. Jedna granatowo biała, o blado-pomarańczowych oczach i kolorowej grzywie, druga, czarno-biała o wielkich skrzydłach i rozczochranej grzywce zleciała niedaleko i przezroczysta zjawa w kolorze smutnej szarości, ale o ciemno -zielonych oczach w których błyskały iskierki.
Ogarnęło mnie szczęście. Miałem ochotę przytulić tę dwójkę, jednak rozsądek mi nie pozwalał.
- Nie możecie z nami walczyć - odrzekłem od razu. - Wasza wioska jest za mała.. I nie wybaczył bym sobie jej utraty.
- Będziemy walczyć aż do śmierci - odrzekła Malu, a jej powaga mnie przeraziła. - Nie będziemy stać bezczynnie. Dla nas to zaszczyt walczyć w obronie tak potężnej watahy.
- Przestań - odrzekłem szybko, nie pozwalając pyszczkowi się zarumienić. Obok mnie Rene pisnęła i odskoczyła - może dlatego, że Sock chciał pobawić się w straszenie śmiertelników.
Nagle wydarzyło się coś dziwnego. Wszystkie armie odskoczyły jak na raz. Jednen z czarnych pęcherzy pękł, wyrzucając wokół siebie czarną ciecz. Ze środka pęcherza buchnęła para. Jakiś ciemny kształt gramolił się w środku. Wszyscy wstrzymali oddech. Coś wylazło. Zachłysnąłem się.
Był wilko-podobny. Czarne bydle o długich nogach i ogonie, grubym karku z którego wyrastały długie i ostre, zakrzywione i srebrne kolce. Ohydna chuda kreatura, o długim cieńkim ogonie i zakrzywionych pazurach odwróciła się. Najstraszniejsza była jego twarz. Na szyi miał srebrną metalową obrożę, z których ciągnęły się łańcuchy. Ale pysk.. Była to krzyżówka nagiej smoczej czaszki a wilczego pyska o ostrych smoczych kłach. Z głowy wyrastały mu wilcze, długie uszy. Puste oczodoły wypełniały błękitne gałki oczne. Ryknął. Połowa armi cofnęła się. Pysk rozświetlał mu błękitny ogień, którym zionął dym. Było to straszne i ohydne.
Pierwszy demon wykluł się.
Zapiszczał przeraźliwie. Wszyscy byli przerażeni. Parę wilków ze stada animagów wyskoczyło na demona. Chwilę trwała walka, po czym demon padł. Czarna ciecz pochłonęła go tworząc kolejny pęcherz. Odradza się.
- To ich gniazdo - wyszeptałem do Rene. - Rozumiesz to!? Widzisz te pęcherze?
- Tak - Rene była bardzo blada. Jej usta ledwie się poruszały.
Nagle przez powietrze przedarł się pisk. Wszyscy zatkali sobie uszy. Ja też. Myślałem, że rozsadzi mi czaszkę. Tivo odleciał z mojego karku.
- ZGINIEEEECIEEEE!!!!!
Straciłem przytomność.
Kiedy odzyskałem ją z powrotem, nie pamiętałem dużo. Na szczęście nikt nie ucierpiał oprucz tego, że Kimm stracił przytomność o wiele trwalej. Gniazdo zniknęło.
Kiedy podszedłem bliżej, w powietrzu ujrzałem coś jakby jego odbicie w wodzie.
Gniazdo było okryte tarczą.
< Rene? Tak wiem, że głupio napisałam >
wtorek, 10 lutego 2015
Uwaga!
Przepraszam, że muszę to robić, ale niestety taka rola adminki. Pokazuję wam pierwszą z nowego roku listę "przestępców" xD.
Inaczej:
Znajdziecie tutaj imiona wilków, które są tak jakby.. zagrożone. Dawno nie pisały opowiadań i MOGĄ być wyrzucone z watahy.
Ej, ale bez awantur!
Każdy problem da sie jakoś wyjaśnić. Nie jestem tyranem i nie wywalam z watahy na chybił-trafił, bo uwierzcie, to nie jest miłe, patrzeć jak zakładka "odeszli" się powiększa. Naprawdę.
Niżej wymienione wilki proszę, o jak najszybsze napisanie opowiadania, byle jakiego, bez sensownego, ale żeby było. Każdy problem zgłaszać mi.
Ci, mniej zagrożeni będą oznaczani kolorem zielonym, a tych bardziej czerwonym. Natomiast tych pośrednich, pomarańczowym.
\Z każdym opowiadaniem będę wykreślać z listy daną osobę.Niektóre skreślę, za np. brak kontaktu lub zgłoszenie odejścia.Kiedy lista zostanie pusta, usuwam posta i po sprawie ;)
\Z każdym opowiadaniem będę wykreślać z listy daną osobę.Niektóre skreślę, za np. brak kontaktu lub zgłoszenie odejścia.Kiedy lista zostanie pusta, usuwam posta i po sprawie ;)
Zagrożeni są:
- Charlie
- Clear
Anashelle- Madelyn
- Kimike
- Arachnee
- Horo
- Caver
- Hazelynn
Frisket- Scarlet (o ile się nie mylę 24 stycznia już minął)
Choshii Yum
~ Wasza Delta,
Shayning
niedziela, 8 lutego 2015
Od Rene CD Shayninga
- Wojna Shayningu. Zaczęła się - powiedziałam. Basior wyglądał na zdezorientowanego i zaszokowanego.
- A-ale jak to? Przecież...
- Przygotuj oddziały, Shay - nagle włączył się Kimm. - Rene, sprawdź nadciągające siły wroga... - Alfa gwałtownie złapał się za głowę. - Nie!... Zostaw... mnie!... Zostaw watahę!
Wszyscy patrzeliśmy na niego jak na wariata. On nigdy nie miał takich napadów...
- On idzie - powiedział idiotycznie śmiejąc się Kimm... A może... to nie był on? - Idzie postrach najgorszych! - Jego oczy... Zalśniły krwistą czerwienią... - Władca wszystkich demonów! Tak samo i mnie! Demona Shogono! Nie macie najmniejszych szans! On was wszystkich zniszczy! Zniszczy waszą watahę! - Alfa opadł bezwładnie na ziemię. Na szczęście, moja matka złapała go i zapobiegła rozbicia jego czaszki... Sama wolę już o tym nie mówić.
Zanieśliśmy go we troje do jego jaskini, którą dzielił ze swoimi dziećmi i Lebelle... też nie chcę opisywać jej miny i zachowania, kiedy zobaczyła Kimm'iego w tym stanie.
- A-ale jak to? Przecież...
- Przygotuj oddziały, Shay - nagle włączył się Kimm. - Rene, sprawdź nadciągające siły wroga... - Alfa gwałtownie złapał się za głowę. - Nie!... Zostaw... mnie!... Zostaw watahę!
Wszyscy patrzeliśmy na niego jak na wariata. On nigdy nie miał takich napadów...
- On idzie - powiedział idiotycznie śmiejąc się Kimm... A może... to nie był on? - Idzie postrach najgorszych! - Jego oczy... Zalśniły krwistą czerwienią... - Władca wszystkich demonów! Tak samo i mnie! Demona Shogono! Nie macie najmniejszych szans! On was wszystkich zniszczy! Zniszczy waszą watahę! - Alfa opadł bezwładnie na ziemię. Na szczęście, moja matka złapała go i zapobiegła rozbicia jego czaszki... Sama wolę już o tym nie mówić.
Zanieśliśmy go we troje do jego jaskini, którą dzielił ze swoimi dziećmi i Lebelle... też nie chcę opisywać jej miny i zachowania, kiedy zobaczyła Kimm'iego w tym stanie.
* * *
Gdy się obudził, wolał zostać sam, żeby... chyba się odstresować. Nie powiedział czemu, a my woleliśmy nie pytać i nie wnikać w jego sprawy.
Po kilku minutach poprosił do siebie Shaya (jak by co, to ja nie podsłuchiwałam, tylko słychać było głos Kimm'iego: ,,Shayning! Chodź tu w tej chwili!''). Mama rozmawiała z Lebelle, Clear nigdzie nie było widać, tak samo jak Falvie. Cały czas miałam w głowie słowa demona, który opętał samca Alfa ,, On was wszystkich zniszczy! Zniszczy waszą watahę!''. Szybko otrząsnęłam się z tych myśli.
Usiadłam pod jakimś drzewem. Zamknęłam na chwilę oczy... Kiedy je otworzyłam, obok mnie siedział Lizz. Mogę przysiąc, że nie usłyszałam go, kiedy tu podchodził.
- Słyszałem - spojrzał mi w oczy. - Że byłaś w sali tronowej bogów, że oni kazali wybrać ci sześć wilków. Wiem, że mnie wybrałaś. Ale... Ja muszę zostać z watahą, pomagać ojcu. Widziałaś, co dziś się z nim stało...
- Bogowie nie powiedzieli, że będzie to najbliższa wojna. Równie dobrze, może to być za kilka lat. Wtedy będzie już po tej wojnie.
- Jeśli przeżyjemy - wbił wzrok z pochmurne niebo.
- Musimy. Wataha wygrała wojnę ze smokami. Było nas mniej. Teraz dołączyli nowi, silni członkowie. Damy radę - położyłam głowę na jego ramieniu.
- Tak. Damy radę - powtórzył basior. Siedzieliśmy tak długo. Słuchaliśmy muzyki z MP3 Lizz'a.
Szare chmury zaczęły odsłaniać pomarańczowe niebo pokryte różowo-lawendowymi obłokami. wlepiliśmy wzrok w chowające się za horyzont słońce. Nikogo już nie było, poszli do swoich jaskiń. Siedzieliśmy sami, a w promieniu ok. 5 kilometrów nie było żywej duszy. Wyjęłam słuchawkę z ucha.
Wyciągnęłam łapę przez siebie, a w niej zaczął kłębić się cień. Kiedy wszystko zaczęło ,,trzymać się kupy'', trzymałam wisiorek z czarnym kamieniem, w którym odbijało się nocne niebo. Zrobiłam to samo z powietrzem, które przybrało postać białego kryształu.
Założyłam Lizzley'owi czarny wisior, a sobie ten biały.
- Myślałem, że wiem o tobie większość rzeczy - wymamrotał wpatrując się w podarunek. - Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że umiesz zrobić coś z niczego.
- Szczerze? Ja też nie wiedziałam - zaśmiałam się i usiadłam przed nim. Przysunęłam się trochę bliżej, a nasze amulety zaczęły świecić. Choć przez chwilę byliśmy blisko siebie. On nie miał na głowie obowiązków następcy Alfa, a jak nie musiałam latać od lasu po góry, od gór do granicy, a kiedy wracam - jest już noc.
- Rene! - usłyszałam głos Shayninga. Odwróciłam się w stronę dźwięku.
- Ja...- wycedziłam.
- Rozumiem - powiedział spokojnie Lizz. - Idź.
Poderwałam się i pobiegłam do Samca Delty.
- Mamy problem - powiedział.
<Shayning? Co za problem? Jaki problem? Było nie popędzać xD>
- Myślałem, że wiem o tobie większość rzeczy - wymamrotał wpatrując się w podarunek. - Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że umiesz zrobić coś z niczego.
- Szczerze? Ja też nie wiedziałam - zaśmiałam się i usiadłam przed nim. Przysunęłam się trochę bliżej, a nasze amulety zaczęły świecić. Choć przez chwilę byliśmy blisko siebie. On nie miał na głowie obowiązków następcy Alfa, a jak nie musiałam latać od lasu po góry, od gór do granicy, a kiedy wracam - jest już noc.
- Rene! - usłyszałam głos Shayninga. Odwróciłam się w stronę dźwięku.
- Ja...- wycedziłam.
- Rozumiem - powiedział spokojnie Lizz. - Idź.
Poderwałam się i pobiegłam do Samca Delty.
- Mamy problem - powiedział.
<Shayning? Co za problem? Jaki problem? Było nie popędzać xD>
Od Shayninga
Martwiłem się. Moja głowa stała się śmietnikiem niepotrzebnych myśli. Nie podobało mi się to. To wszystko jest takie przytłaczające...
Współczułem parze Alfa. Chciałem im pomóc, jednak oni upierali się, że to ich rola, i nie chcą zawieść watahy. Wierzyłem im. I miałem wielką nadzieję, że nie zawiodą.
Byłem Deltą, prawą ręką Alfy i przywódcą wojowników.
Ja też nie zawiodę.
<> <> <>
Wszedłem znużony do jaskini. Miałem dość tego wszystkiego. Stresów itp...
Nagle zdałem sobie sprawę, że pomyliłem jaskinię. Znajdowałem się w jaskini Anashelle, która stała niedaleko i przypatrywała się mi.
- O przepraszam pomyliłem się - chciałem wyjść ale Ana mnie zatrzymała.
- Nie.. Nie idź.. Proszę.
Zatrzymałem się i rzuciłem jej troskliwe spojrzenie. Była przygnębiona.
- Coś nie tak..?
- Nie nic.. - spuściła wzrok. - Słuchaj Shay.. Ja po prostu... Nie wiem co się ze mną dzieję. Ja rozumiem ale... Ty tak dużo czasu poświęcasz tej wojnie... Ech, jestem głupia!
Nagle zrozumiałem co mi chciała przekazać.
- Przepraszam - podszedłem do niej i ją przytuliłem. - Wcale nie chciałem cię zaniedbywać... Ja po prostu martwię się o watahę,,, Wybacz.
- Nie nie - pisnęła. - Nie rób sobie nic z moich słów. Wiesz po prostu chciałam jeszcze raz się do ciebie przytulić.
Wtuliła się we mnie. Była taka ciepła... Naprawdę ją kochałem. Jednak sam czułem wyraźnie tą barierę która rosła między nami z każdym dniem. Chciałem ją przerwać, raz na zawsze jednak ona uparcie stała w miejscu.
< Ana? >
Współczułem parze Alfa. Chciałem im pomóc, jednak oni upierali się, że to ich rola, i nie chcą zawieść watahy. Wierzyłem im. I miałem wielką nadzieję, że nie zawiodą.
Byłem Deltą, prawą ręką Alfy i przywódcą wojowników.
Ja też nie zawiodę.
<> <> <>
Wszedłem znużony do jaskini. Miałem dość tego wszystkiego. Stresów itp...
Nagle zdałem sobie sprawę, że pomyliłem jaskinię. Znajdowałem się w jaskini Anashelle, która stała niedaleko i przypatrywała się mi.
- O przepraszam pomyliłem się - chciałem wyjść ale Ana mnie zatrzymała.
- Nie.. Nie idź.. Proszę.
Zatrzymałem się i rzuciłem jej troskliwe spojrzenie. Była przygnębiona.
- Coś nie tak..?
- Nie nic.. - spuściła wzrok. - Słuchaj Shay.. Ja po prostu... Nie wiem co się ze mną dzieję. Ja rozumiem ale... Ty tak dużo czasu poświęcasz tej wojnie... Ech, jestem głupia!
Nagle zrozumiałem co mi chciała przekazać.
- Przepraszam - podszedłem do niej i ją przytuliłem. - Wcale nie chciałem cię zaniedbywać... Ja po prostu martwię się o watahę,,, Wybacz.
- Nie nie - pisnęła. - Nie rób sobie nic z moich słów. Wiesz po prostu chciałam jeszcze raz się do ciebie przytulić.
Wtuliła się we mnie. Była taka ciepła... Naprawdę ją kochałem. Jednak sam czułem wyraźnie tą barierę która rosła między nami z każdym dniem. Chciałem ją przerwać, raz na zawsze jednak ona uparcie stała w miejscu.
< Ana? >
Od Shayninga CD Luny
Ostatnio naszły mnie słuchy o nowej członkini. Byłem ciekawy któż to ten nowy członek.
Postanowiłem go odnaleźć i nawiązać rozmowę. Nie było to łatwe zadanie. Mimo małej watahy, jej podległe tereny były ogromne i nie łatwo było odnaleźć członków watahy. Można było jedynie liczyć na farta spotkania ich po drodze, lub jeśli nawiązało się z nimi głębszy kontakt, w ich ulubionym miejscu.
Jednak wiedziałem, że jednym z przyciągających wilki miejsc jest nasze jezioro. Śliczna turkusowa woda, zawsze chłodna i smaczna na upalne dni. Dawno tam nie bywałem, z powodu martwiącej mnie wojny.
I miałem rację. W ten słoneczny dzień nad brzegiem jeziora dostrzegłem postać. Na początku myślałem, że to Katrina lub Kimm - jednak Katrina nie miała niebiesko- białego futra, a Kimm posiadał skrzydła i raczej jako Alfa martwił by się nadchodzącymi czasami, niż ochładzał się na jeziorze. Westchnąłem. Czasami tęskniłem za czasami gdy Sombra jeszcze żyła. Wtedy byłem zwykłym wojownikiem, nikim wyróżniającym się z tłumu. Nie miałem tylu obowiązków... A teraz? Jestem Deltą i prawą ręką Kimmiego... Znaczy się Alfy.
Podszedłem do wadery. Piła spokojnie wodę.
- Witaj, jesteś tu nowa? - zapytałem. Wadera uniosła głowę i spojrzała na mnie fioletowymi oczyma.
- No, tak jakby... Ja jestem Luna, a ty?
- Shayning?
< Luna, dokończysz? >
Postanowiłem go odnaleźć i nawiązać rozmowę. Nie było to łatwe zadanie. Mimo małej watahy, jej podległe tereny były ogromne i nie łatwo było odnaleźć członków watahy. Można było jedynie liczyć na farta spotkania ich po drodze, lub jeśli nawiązało się z nimi głębszy kontakt, w ich ulubionym miejscu.
Jednak wiedziałem, że jednym z przyciągających wilki miejsc jest nasze jezioro. Śliczna turkusowa woda, zawsze chłodna i smaczna na upalne dni. Dawno tam nie bywałem, z powodu martwiącej mnie wojny.
I miałem rację. W ten słoneczny dzień nad brzegiem jeziora dostrzegłem postać. Na początku myślałem, że to Katrina lub Kimm - jednak Katrina nie miała niebiesko- białego futra, a Kimm posiadał skrzydła i raczej jako Alfa martwił by się nadchodzącymi czasami, niż ochładzał się na jeziorze. Westchnąłem. Czasami tęskniłem za czasami gdy Sombra jeszcze żyła. Wtedy byłem zwykłym wojownikiem, nikim wyróżniającym się z tłumu. Nie miałem tylu obowiązków... A teraz? Jestem Deltą i prawą ręką Kimmiego... Znaczy się Alfy.
Podszedłem do wadery. Piła spokojnie wodę.
- Witaj, jesteś tu nowa? - zapytałem. Wadera uniosła głowę i spojrzała na mnie fioletowymi oczyma.
- No, tak jakby... Ja jestem Luna, a ty?
- Shayning?
< Luna, dokończysz? >
czwartek, 5 lutego 2015
Od Luny
Dziś jak co dziennie ja i Celestia szłyśmy na polowanie. Co w tym dziwnego dwa wilki bez watahy szukały czegoś do zjedzenia.
Celestia to moja starsza siostra. Ma teraz 4 lata jest piękna. Jest ze mną od zawsze.
W trakcie polowania jak zawsze gadałyśmy. A to o krainach jakie zwiedziłyśmy albo o wilkach które spotkałyśmy np. o Kido z zaczarowanego lasu, który nas obronił i stał się moim pierwszym przyjacielem albo o Luice która pomogła nam jak prawie zginęłyśmy z głodu w tamtą zimę, po prostu o prawie o wszystkim. Jedyna rzeczą ,o której nigdy nie mówiłyśmy była najodleglejsza przeszłość. Chodzi mi tu o naszą pierwsza watahę, w której żyłyśmy z rodzicami i rodzeństwem. Gdy miałam pół roku wataha spłonęła. Tylko ja i Celestia przeżyłyśmy. Mama pomogła nam się ukryć. Ale wracając do polowania. Po godzince szukania wreszcie znalazłyśmy dużego dorodnego królika. Od razu rzuciłyśmy się do ataku. W pędzie nie zauważyłam wilka przystojny był wpadłam na niego w locie. Celestia podbiegła do mnie od razy i pytała:
-Nic ci nie jest Luna?
-Sorki nie zauważyłem cię. Jestem Lizzley ale możesz mi mówić Lizz
- Ty co ty sobie wyobrażasz mogłeś jej zrobić krzywdę!? – Celestia nie dawała spokoju zaczęłam się martwić jak zaczęła warczeć.
- Cześć Lizz jestem Luna miło mi to ja powinnam przeprosić nie patrzyłam czy ktoś jest w pobliżu tylko skoczyłam sorki – wreszcie się odezwałam.
- Miło mi – uśmiechnął się wesoło zaczynało być przyjemnie ale :
- Luna co ty robisz to przecież on na ciebie wpadł nie musisz go przepraszać.
- Celestia wystarczy – zaczęła mnie trochę denerwować.
- Jestem z watahy srebrzystego nieba, a wy? – powiedział Lizz.
- To nie twoja sprawa! – zaczęła Celestia
- Celestia! My nie mamy watahy.
- Jak chcecie to mogę was tam zaprowadzić – zaproponował.
-Jasne, że chcemy. Dzięki – powiedziałam.
Lizz zaprowadził nas do watahy srebrzystego nieba było tam mnóstwo wilków. Wataha bardzo mi się spodobała chce do niej należeć.
Celestia jest bardziej samotnikiem postanowiła że kiedyś dołączy do watahy ale teraz chce pobyć trochę niezależna. Cieszę się z tego obrotu sprawy.
Pozdrawiam,
Luna
Celestia to moja starsza siostra. Ma teraz 4 lata jest piękna. Jest ze mną od zawsze.
W trakcie polowania jak zawsze gadałyśmy. A to o krainach jakie zwiedziłyśmy albo o wilkach które spotkałyśmy np. o Kido z zaczarowanego lasu, który nas obronił i stał się moim pierwszym przyjacielem albo o Luice która pomogła nam jak prawie zginęłyśmy z głodu w tamtą zimę, po prostu o prawie o wszystkim. Jedyna rzeczą ,o której nigdy nie mówiłyśmy była najodleglejsza przeszłość. Chodzi mi tu o naszą pierwsza watahę, w której żyłyśmy z rodzicami i rodzeństwem. Gdy miałam pół roku wataha spłonęła. Tylko ja i Celestia przeżyłyśmy. Mama pomogła nam się ukryć. Ale wracając do polowania. Po godzince szukania wreszcie znalazłyśmy dużego dorodnego królika. Od razu rzuciłyśmy się do ataku. W pędzie nie zauważyłam wilka przystojny był wpadłam na niego w locie. Celestia podbiegła do mnie od razy i pytała:
-Nic ci nie jest Luna?
-Sorki nie zauważyłem cię. Jestem Lizzley ale możesz mi mówić Lizz
- Ty co ty sobie wyobrażasz mogłeś jej zrobić krzywdę!? – Celestia nie dawała spokoju zaczęłam się martwić jak zaczęła warczeć.
- Cześć Lizz jestem Luna miło mi to ja powinnam przeprosić nie patrzyłam czy ktoś jest w pobliżu tylko skoczyłam sorki – wreszcie się odezwałam.
- Miło mi – uśmiechnął się wesoło zaczynało być przyjemnie ale :
- Luna co ty robisz to przecież on na ciebie wpadł nie musisz go przepraszać.
- Celestia wystarczy – zaczęła mnie trochę denerwować.
- Jestem z watahy srebrzystego nieba, a wy? – powiedział Lizz.
- To nie twoja sprawa! – zaczęła Celestia
- Celestia! My nie mamy watahy.
- Jak chcecie to mogę was tam zaprowadzić – zaproponował.
-Jasne, że chcemy. Dzięki – powiedziałam.
Lizz zaprowadził nas do watahy srebrzystego nieba było tam mnóstwo wilków. Wataha bardzo mi się spodobała chce do niej należeć.
Celestia jest bardziej samotnikiem postanowiła że kiedyś dołączy do watahy ale teraz chce pobyć trochę niezależna. Cieszę się z tego obrotu sprawy.
Pozdrawiam,
Luna
Od Shayninga (może być CD Rene)
Dzisiejszy dzień stanowczo należał do tych "innych". Czyli takich gdzie nie latam od lasu do lasu pełen paniki, czy wszystko idzie jak należy. Niestety jestem osobą przewrażliwioną i mam okropną tendencje do ... ech... przylepiania się do Alf z odwiecznym pytaniem na pysku " Jest dobrze? Wszystko ok? Na pewno?" itp. Jednak od samego poranka można było stwierdzić,że ten dzień będzie należał do pierwszego radosnego dnia od OWEGO wydarzenia. Kiedy tylko pierwszy promień życiodajnego słońca obudził moje zastygłe we śnie ciało, na mój pysk wpełzł lekki uśmiech i przymknąłem oczy z rozkoszą. Rozciągnąłem się na moim legowisku nie otwierając oczu, gdyż oślepiało mnie światło. Przełożyłem łeb, i dziwnym trafem wyczułem czyjąś obecność.
- Hmm...? Czy dzisiaj jest sobota.?
- Ty deklu, nie jesteśmy ludźmi!
Otworzyłem oczy. W mojej jaskini usianej radosnym promieniem słońca, wsparty o wystający korzeń z podłogi, siedział Hiv. Mój sokół z którym potrafiłem się komunikować. Przekrzywił mały łeb, przyglądając mi się wielkimi jak dwa żuki czarnymi oczami.
- Pobudkaaa, wstać! Sokołom wody dać! - zanucił. Zignorowałem to i przełożyłem się na drugi bok.
- Hej, ile mam czekać? - wykrzyknął, rozkładając pierzaste skrzydła.
- Drugi pokój, pod ścianą od lewej - wymruczałem, przymykając oczy przed jarzącym słońcem. Wielki cień przeleciał nade mną z szelestem, po czym dało się słychać zadowolone siorbanie.
- Mam nadzieję, że nie pomyliłeś poidła z moją toaletą! - krzyknąłem. Głośne prychnięcie. Zaśmiałem się.
- Żartowałem!
Hiv usiadł na moim boku, wpatrując się wielkimi oczami. Zrzuciłem go z siebie i wstałem. Rozciągnąłem się, wyciągając łapy przed siebie ukazując z zadowoleniem białe kły. Hiv wyleciał przez otwór w suficie.
Wyszedłem na dwór, aby powitać się z przepiękną naturą. Ptaki śpiewały, zielone drzewa i trawy falowały na delikatnym wietrze, plus tego było tak zaskakująco ciepło!
Wytrzepałem beżową czuprynę. To był dobry poranek.
<> <> <>
- Serio, jesteś tego pewny? - Kimm przekrzywił łeb, unosząc ciemną brew.
- No jasne! - mój ogon zafalował, przekrzykując wiatr. - Nigdy tego nie robiłeś?
- Ja mam skrzydła - Kimm rozłożył dumnie dwa wielkie opierzone płaty rozciagające się od karku w obie strony, Ostatnio strasznie wyrósł. A z tym powiększyły mu się skrzydła,wydłużyły łapy, stał się bardziej masywny, przytył. Już nie wyglądał jak chłopiec - raczej jak mężczyzna ( Kimm podziękuj mi ;) )
- To patrz - uśmiechnąłem się półgębkiem. Wiatr zmagając zaszumiał mi w uszach. Rozpędziłem się z całej siły i ... zeskoczyłem z góry. Leciałem. Wiatr opływał moje boki jak woda podczas nurkowania. Czułem się jak jedność z powietrzem. Nabierałem prędkości. Było to wspaniałe uczucie. Wykonałem korkociąg. Kiedy zaskakująco już zbliżyłem się do ziemi, wokół moich łap wytworzyły się wodne poduszki które z dotykiem gleby zamortyzowały upadek. Nabrałem oddechu. Zaśmiałem się. Moje łapy lekko drżały. Ale kochałem to uczucie. Rzuciłem spojrzenie na górę z której zeskoczyłem. Była ogromna. Na szczycie powiewała białawo-szara sierść mojego najlepszego przyjaciela. Zamerdałem ogonem na znak, że żyję.
- Wiesz co?Ty nie jesteś normalny.. - usłyszałem gruby głos za sobą. Odwróciłem się. Sierść na karku mi się zjeżyła, gdyż nikogo nie dostrzegałem. Coś poruszyło się w cieniu. Na mój pysk wpełzł szeroki koci uśmiech, ogon zafalował. Pod wielką sosną, oblany mrocznym cieniem , stał mój brat - Tivo.Uśmiechał się. Był tak podobny do mnie, że to aż piękne. Ta sama postawa, to samo zachowanie, ten sam uśmiech...
- Miło mi to słyszeć - kiwnąłem głową. Tivo wyciągnął brunatną łapę i osadził ją na moim ramieniu, chociaż przez chwilę w świetle słońca, zdawało mi się, że mignęła podobizną do skrzydła czarnego sokoła. Uśmiechnąłem się.
- Miło cię znów widzieć - zaszczekałem. - Czemu przyszedłeś?
- Rozejrzeć się.. - jego wzrok powędrował w stronę punktu nie widocznego dla mnie.
- EY! DŁUGO MAM TAM CZEKAĆ!? - usłyszałem odległy głos z góry. Rzuciłem wymowne spojrzenie bratu uniosłem się w górę na gejzerze wody.
<> <> <>
(Czytając ten kawałek, proszę o przełączenie muzyki na blogu na Dark Sun, bo tak mega pasuje x3 )
Jednak gdy wracałem do watahy, coś mnie zaniepokoiło. A mianowicie zachowanie Tiv'a. Zdawało mi się, że jest nienaturalnie przygnębiony, a uśmiech wymuszony (oczywiście, nie ten po spotkaniu brata). Nie mogłem się nad tym zastanowić. Czarne myśli rozpraszały moją świadomość. Niebo zmieniło swoją cerę. Stało się szare i smętne, przysłoniły go burzowe chmury. Przyjemne ciepło zniknęło. Moją sierścią targnął brutalny wiatr. Przymrużyłem oczy aby nie dostać z powietrznego sznura. Całe szczęście wypłynęło ze mnie, jakby ktoś przebił mnie w miejscu serca. Markotne myśli owiały moją głowę... Zimno przeszyło skroń, jakby znowu miałem demona w podświadomości. Spojrzałem w głąb mojej drogi. Jasny różowawy kształt mocno odznaczający się na tle tej markotnej mieszaniny podążał sprintem w moją stronę. Przymrużyłem oczy. Dostrzegłem na jej karku długie powiewające pawie pióra w ohydnie nie pasującym różowym kolorze. Uśmiechnąłem się. To była siostra Thalia. Pędziła jak cholera. Widziałem ją teraz wyraźnie. Zatrzymałem się. Kiedy obok mnie przebiegła, chwyciłem ją za długi fioletowo-szkarłaty jedwabisty ogon, który wyślizgiwał mi się z ręki. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do jej obecnego wyglądu. Przyzwyczaić do tego, że jej ogon był naturalnie kremowy jak mój, sierść sztywna i łatwa do złapania. Zasmuciło mnie to.
- Dokąd lecisz, mała cholero? - zaśmiałem się. Siostra rzuciła mi zrozpaczone spojrzenie.
- Proszę, nie teraz! To bardzo ważne... - zajęczała.
Westchnąłem.
- Czy coś na tym cholernym świecie, choć raz nie jest takie 'ważne' ? - westchnąłem po raz drugi, i poluźniłem uścisk. Jedwabiste długie włosy wyślizgnęły mi się z łapy, a Thalia poleciała... I już jej nie było. Smutek ogarnął moje serce. Dlaczego nie jest tak jak kiedyś?
Zbliżałem się do TEGO miejsca. Świat robił się coraz bardziej ponury , a ja coraz bardziej smutny. Serce zżerało mi żal. Podniosłem wzrok, którą tak intensywnie wbijałem w ziemię. Ktoś stał na klifie. Jej czarna sierść falowała z tchnieniem wiatru... Czemu nie jest złoto-brązowa? Nie widziałem.. .Tak samo nie wiedziałem czemu Thalia jest ohydnie różowa, a nie beżowa... Oraz czemu Lili nie zachowała swojej czarno-białej sierści, tylko czerwoną? Czemu Kolos jest brązowy, a nie czarno-szary jak kiedyś?
Podszedłem do postaci na klifie. Dotknąłem jej. Odwróciła się. Kiedyś niebieskie oczy, teraz malinowe, wpatrywały się we mnie... z rozpaczą. Katrina była zmartwiona. A ja nią.
- Shay... Ja już nie wiem co mam robić... Wojna idzie, a ja...
Odwróciła pysk, jednak ja bardzo wyraźnie dostrzegłem świecącą łzę spływającą po mokrym policzku. Nagle coś do mnie dotarło, jakby piorun strzelił.
- W-Wojna!? C-co!? - zapiszczałem. Nagle obok mnie znalazła się Rene. Podskoczyłem. Jej równie niebieskie oczy, kiedyś takie same jak jej matki, wpatrywały się we mnie z powagą i zaciętością na pysku.
- Wojna Shayningu. Zaczęła się.
<Rene? Kimm nie obrażaj się, że ja też piszę o wojnie ;w; )
- Hmm...? Czy dzisiaj jest sobota.?
- Ty deklu, nie jesteśmy ludźmi!
Otworzyłem oczy. W mojej jaskini usianej radosnym promieniem słońca, wsparty o wystający korzeń z podłogi, siedział Hiv. Mój sokół z którym potrafiłem się komunikować. Przekrzywił mały łeb, przyglądając mi się wielkimi jak dwa żuki czarnymi oczami.
- Pobudkaaa, wstać! Sokołom wody dać! - zanucił. Zignorowałem to i przełożyłem się na drugi bok.
- Hej, ile mam czekać? - wykrzyknął, rozkładając pierzaste skrzydła.
- Drugi pokój, pod ścianą od lewej - wymruczałem, przymykając oczy przed jarzącym słońcem. Wielki cień przeleciał nade mną z szelestem, po czym dało się słychać zadowolone siorbanie.
- Mam nadzieję, że nie pomyliłeś poidła z moją toaletą! - krzyknąłem. Głośne prychnięcie. Zaśmiałem się.
- Żartowałem!
Hiv usiadł na moim boku, wpatrując się wielkimi oczami. Zrzuciłem go z siebie i wstałem. Rozciągnąłem się, wyciągając łapy przed siebie ukazując z zadowoleniem białe kły. Hiv wyleciał przez otwór w suficie.
Wyszedłem na dwór, aby powitać się z przepiękną naturą. Ptaki śpiewały, zielone drzewa i trawy falowały na delikatnym wietrze, plus tego było tak zaskakująco ciepło!
Wytrzepałem beżową czuprynę. To był dobry poranek.
<> <> <>
- Serio, jesteś tego pewny? - Kimm przekrzywił łeb, unosząc ciemną brew.
- No jasne! - mój ogon zafalował, przekrzykując wiatr. - Nigdy tego nie robiłeś?
- Ja mam skrzydła - Kimm rozłożył dumnie dwa wielkie opierzone płaty rozciagające się od karku w obie strony, Ostatnio strasznie wyrósł. A z tym powiększyły mu się skrzydła,wydłużyły łapy, stał się bardziej masywny, przytył. Już nie wyglądał jak chłopiec - raczej jak mężczyzna ( Kimm podziękuj mi ;) )
- To patrz - uśmiechnąłem się półgębkiem. Wiatr zmagając zaszumiał mi w uszach. Rozpędziłem się z całej siły i ... zeskoczyłem z góry. Leciałem. Wiatr opływał moje boki jak woda podczas nurkowania. Czułem się jak jedność z powietrzem. Nabierałem prędkości. Było to wspaniałe uczucie. Wykonałem korkociąg. Kiedy zaskakująco już zbliżyłem się do ziemi, wokół moich łap wytworzyły się wodne poduszki które z dotykiem gleby zamortyzowały upadek. Nabrałem oddechu. Zaśmiałem się. Moje łapy lekko drżały. Ale kochałem to uczucie. Rzuciłem spojrzenie na górę z której zeskoczyłem. Była ogromna. Na szczycie powiewała białawo-szara sierść mojego najlepszego przyjaciela. Zamerdałem ogonem na znak, że żyję.
- Wiesz co?Ty nie jesteś normalny.. - usłyszałem gruby głos za sobą. Odwróciłem się. Sierść na karku mi się zjeżyła, gdyż nikogo nie dostrzegałem. Coś poruszyło się w cieniu. Na mój pysk wpełzł szeroki koci uśmiech, ogon zafalował. Pod wielką sosną, oblany mrocznym cieniem , stał mój brat - Tivo.Uśmiechał się. Był tak podobny do mnie, że to aż piękne. Ta sama postawa, to samo zachowanie, ten sam uśmiech...
- Miło mi to słyszeć - kiwnąłem głową. Tivo wyciągnął brunatną łapę i osadził ją na moim ramieniu, chociaż przez chwilę w świetle słońca, zdawało mi się, że mignęła podobizną do skrzydła czarnego sokoła. Uśmiechnąłem się.
- Miło cię znów widzieć - zaszczekałem. - Czemu przyszedłeś?
- Rozejrzeć się.. - jego wzrok powędrował w stronę punktu nie widocznego dla mnie.
- EY! DŁUGO MAM TAM CZEKAĆ!? - usłyszałem odległy głos z góry. Rzuciłem wymowne spojrzenie bratu uniosłem się w górę na gejzerze wody.
<> <> <>
(Czytając ten kawałek, proszę o przełączenie muzyki na blogu na Dark Sun, bo tak mega pasuje x3 )
Jednak gdy wracałem do watahy, coś mnie zaniepokoiło. A mianowicie zachowanie Tiv'a. Zdawało mi się, że jest nienaturalnie przygnębiony, a uśmiech wymuszony (oczywiście, nie ten po spotkaniu brata). Nie mogłem się nad tym zastanowić. Czarne myśli rozpraszały moją świadomość. Niebo zmieniło swoją cerę. Stało się szare i smętne, przysłoniły go burzowe chmury. Przyjemne ciepło zniknęło. Moją sierścią targnął brutalny wiatr. Przymrużyłem oczy aby nie dostać z powietrznego sznura. Całe szczęście wypłynęło ze mnie, jakby ktoś przebił mnie w miejscu serca. Markotne myśli owiały moją głowę... Zimno przeszyło skroń, jakby znowu miałem demona w podświadomości. Spojrzałem w głąb mojej drogi. Jasny różowawy kształt mocno odznaczający się na tle tej markotnej mieszaniny podążał sprintem w moją stronę. Przymrużyłem oczy. Dostrzegłem na jej karku długie powiewające pawie pióra w ohydnie nie pasującym różowym kolorze. Uśmiechnąłem się. To była siostra Thalia. Pędziła jak cholera. Widziałem ją teraz wyraźnie. Zatrzymałem się. Kiedy obok mnie przebiegła, chwyciłem ją za długi fioletowo-szkarłaty jedwabisty ogon, który wyślizgiwał mi się z ręki. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do jej obecnego wyglądu. Przyzwyczaić do tego, że jej ogon był naturalnie kremowy jak mój, sierść sztywna i łatwa do złapania. Zasmuciło mnie to.
- Dokąd lecisz, mała cholero? - zaśmiałem się. Siostra rzuciła mi zrozpaczone spojrzenie.
- Proszę, nie teraz! To bardzo ważne... - zajęczała.
Westchnąłem.
- Czy coś na tym cholernym świecie, choć raz nie jest takie 'ważne' ? - westchnąłem po raz drugi, i poluźniłem uścisk. Jedwabiste długie włosy wyślizgnęły mi się z łapy, a Thalia poleciała... I już jej nie było. Smutek ogarnął moje serce. Dlaczego nie jest tak jak kiedyś?
Zbliżałem się do TEGO miejsca. Świat robił się coraz bardziej ponury , a ja coraz bardziej smutny. Serce zżerało mi żal. Podniosłem wzrok, którą tak intensywnie wbijałem w ziemię. Ktoś stał na klifie. Jej czarna sierść falowała z tchnieniem wiatru... Czemu nie jest złoto-brązowa? Nie widziałem.. .Tak samo nie wiedziałem czemu Thalia jest ohydnie różowa, a nie beżowa... Oraz czemu Lili nie zachowała swojej czarno-białej sierści, tylko czerwoną? Czemu Kolos jest brązowy, a nie czarno-szary jak kiedyś?
Podszedłem do postaci na klifie. Dotknąłem jej. Odwróciła się. Kiedyś niebieskie oczy, teraz malinowe, wpatrywały się we mnie... z rozpaczą. Katrina była zmartwiona. A ja nią.
- Shay... Ja już nie wiem co mam robić... Wojna idzie, a ja...
Odwróciła pysk, jednak ja bardzo wyraźnie dostrzegłem świecącą łzę spływającą po mokrym policzku. Nagle coś do mnie dotarło, jakby piorun strzelił.
- W-Wojna!? C-co!? - zapiszczałem. Nagle obok mnie znalazła się Rene. Podskoczyłem. Jej równie niebieskie oczy, kiedyś takie same jak jej matki, wpatrywały się we mnie z powagą i zaciętością na pysku.
- Wojna Shayningu. Zaczęła się.
<Rene? Kimm nie obrażaj się, że ja też piszę o wojnie ;w; )
Subskrybuj:
Posty (Atom)