Pierwsze godziny życia ciągnęły się jak męczarnia. Nie wiedziałem gdzie jestem, co robię, kim jestem i co się wokół dzieje. Byłem niczym mgła w przestrzeni, gdzie nic nie można było dojrzeć. Istniała tylko świadomość.
To była pierwsza godzina.
W drugiej godzinie coś wtargnęło w moją przestrzeń. Czułem jakbym wyciekał z pod własnej kontroli. Chciałem złapać siebie... Wiem, źle to brzmi. Coś znów mną targnęło. Bawiło niczym lalką. Mój umysł powoli przestawał istnieć. Natrętna siła znów uderzyła. Spięła i uciekła. Dusza spadła na mnie jak kamień a ja zapadłem się w kolejną ciemność pode mną...
<> <> <>
Zdałem sobie sprawę, że moja kontrola nad sobą nie ograniczyła się. Wręcz dała kolejne możliwości. Całe moje ciało przeszły nerwy, które czułem wyraźnie. Ogarnęła mnie buzująca energia, która kazała mi coś zrobić. Otworzyłem oczy.
Pierwsze co poczułem, to mdłości. Niechciana energia, jakiś śmieć w organizmie chciał wyjść na zewnątrz. Gardło mnie za szczypało więc kaszlnąłem. Obłok cienia buchnął mi z pyska. Poczułem ulgę więc odetchnąłem. W rozmazanym obrazie przede mną wykryłem dwie postacie. Coś mi mówiło, że ich znam...
- Mamo? Tato?
Altair - pisnęła ta czarna, a ja od razu poczułem do niej ogromną sympatię. Instynkt potrzebował jej ciepła. Po chwili świat się wyostrzył. Wszystko działo się naprawdę szybko. Zapachy uderzyły we mnie jak kula armatnia. Nie mogłem się powstrzymać i kichnąłem od ich nadmiaru.
Wykryłem ruch obok. Automatycznie zwróciłem się ku niemu. Byłem słaby po obudzeniu. Nie wiedziałem co się dzieje. Wiedziałem tylko, że nazywam się Altair i mam mamę i tatę. Czym oni są, ani kim ja jestem - nie wiedziałem.
Ruch obok okazał się małym fioletowo-czarno-białym stworzeniem. Patrzyło na mnie, jakbym był kimś zupełnie obcym. Czułem dziwne więzy krwi z tym małym stworzeniem. Musimy być jakoś połączeni, jednak od razu pokochałem małą istotkę. Czułem, że muszę ją chronić.
- Braciszku? - zapiszczała z obawą, a kiedy na nią spojrzałem odskoczyła. - Co się stało? Przez ciebie mamusia i tatuś płakali. Ja też płakałam, bo oni płakali.
- Kim jesteś? - zapytałem. - Znaczy jak masz na imię... Nie pamiętam co się wcześniej zdarzyło.
- Jestem Hope - przedstawiła się.
< Hope? >
sobota, 28 lutego 2015
czwartek, 26 lutego 2015
Od Shayninga CD Anashelle
Mijały godziny. Wciąż siedziałem i patrzyłem na Altaira. Anashelle powiedziała, że powinien się zaraz obudzić. Hope tuliła się do matki. A ja wciąż obserwowałem syna.
Po pewnym czasie dostrzegłem mały ruch. Zareagowałem. Szybko podskoczyłem do niego. Szczenię rzeczywiście się poruszyło. Nachyliliśmy się nad nim z partnerką. W jej oczach pojawiła się nadzieja. Hope pacnęła brata łapą.
Altair otworzył oczy. Jednak nie były niebieskie. Były krwistoczerwone. Przeraziłem się. Wilczek kaszlnął, a z pyska buchnął mu obłoczek cienia. Po chwili oczy znów zrobiły się morsko niebieskie. Zamrugał.
- Altair - wyszeptała Ana, przez łzy.
- Mamo? - zapiszczał. Zwrócił się ku mnie. - Tato?
Hope podskoczyła do niego. Altair ziewnął, ignorując uradowaną siostrę.
- Shay muszę ci coś powiedzieć - szepnęła Ana, tak by dzieci nie słyszały.
- Tak?
- Z nim coś jest nie tak... Jego dusza... W jego duszy zalęgł się odłam rdzenia.
- Co to znaczy? - zapytałem nic nie rozumiejąc.
- On jest taki, bo ma kawałek duszy demona w sobie, Shay - zapiszczała Ana przez łzy. - A co jeśli... jeśli... On się stanie... NIM?
- Nie może - przytuliłem partnerkę, choć sam byłem przerażony. Obserwowałem, tuląc ją, ponad jej ramieniem Altaira, który siedział nienaturalnie spokojnie.
Od Anashelle CD Shayninga
- ANA CO SIĘ DZIEJE!? - krzyknął Shay. Jego słowa prawie do mnie nie docierały, jego obraz wyglądał tak, jak by stał w mgle... Zastygłam w bezruchu.
<> <> <>
Obudziłam się. Miałam wrażenie, jakbym miała przez cały czas otwarte oczy... Jednak wcześniej zemdlałam. Leżałam tam gdzie przed zamknięciem oczu, jednak obok mnie, leżało szare, zwinięte w kłębek szczenię. Przede mną siedział Shayning, trzymając czarno-białą istotkę... Czyżbym nie spała? Co się wcześniej stało?
- Nazwiemy ich Altair i Hope - powiedział zadowolony Shay. Ja jednak zdziwiona wlepiałam w niego wzrok.
- Sh-Shay... Co się stało?
- Nie żartuj. Urodziły się nasze dzieci. Tak jak chciałaś - powiedział spokojnie, wciąż patrząc na małą. Ale jak to? Przecież zemdlałam! A może... A może tylko straciłam świadomość...? Ogarnęłam się i spojrzałam na Altaira. Był taki podobny do Shaya...
Spojrzałam na niego słabo. Coś zaklekotało ale byłam zbyt osłabiona aby się tym przejąć. Za to Shay nastroszył sierść i postawił uszy.
- Bariera... - wychrypiałam. I rzeczywiście. Bariera pękała, niczym lustro. Coś napierało od zewnętrznej strony. Przebił ścianę, która pękła na miliardy kawałeczków. Demon.
Chciałam wstać, ale byłam zbyt słaba i upadłam. Shayning podał mi Hope i rzucił się na demona. Przybliżyłam do siebie szczeniaki. Altair z otwartym pyszczkiem obserwował ojca.
Kiedy demon skonał, upadł obok Altaira. Ciekawski szczeniak położył na nim swoją łapkę.
- NIE! - wydyszał Shay, ale było już za późno. Ciało demona zaczęło się powoli rozpadać, a ze szczelin, które się tworzyły, zaczęła wyciekać czarna smuga. Zakaszlałam. Wszystko zaczęło się rozmazywać.
Dusza Altaira wchłonęła czarne smugi. Widziałam to. Wzrok szczeniaka zamglił się. Wilczątko upadło pod moje łapy. Hope zapiszczała.
- Nie... - załkałam.
Nie żyło. Altair nie żył. Ciało demona rozpadło się w cień. Nie nawiedziłam ich. Zabili mi syna.
Shay opadł obok mnie. To nie mogło się tak skończyć. Nie mogło... Zaraz. Spojrzałam zamglonymi, załzawionymi oczyma na Shaya. On odwzajemnił spojrzenie. Chwyciłam go za łapę i posadziłam ją sobie na łopatce. Drugą dotknęłam szczeniaka.
- Anashelle..? - zapytał Shay. Rzuciłam mu szybkie spojrzenie. Jego poduszki łap zajarzyły się morskim światłem, moje białym. Czułam jakby ktoś wstrzyknął we mnie dawkę energii. Skupiłam się na dziecku. Do moich oczu wlewały się łzy, zalewając widok, więc je zamknęłam. Moja moc przepłynęła przez ciało Altaira, szukając jego duszy. Jednak jej tam nie było. Tak jak się spodziewałam. Jednak wyczułam coś jeszcze... złego. Mrocznego. Zignorowałam to i skupiłam się bardziej. Czułam, jak powoli słabnę i mdleję. Coś wyczułam. Tak! Dusza wraca. Udało się!
Otworzyłam gwałtownie oczy i zabrałam łapę, przerywając kontakt. Wystarczyło czekać.
Spojrzałam na Shaya a on odwzajemnił spojrzenie. Mała Hope, leżała skulona obok. Zrobiło mi się jej żal, cały czas ją ignorowałam. Przytuliłam swoje drugie szczenię.
<Shay?>
<> <> <>
Obudziłam się. Miałam wrażenie, jakbym miała przez cały czas otwarte oczy... Jednak wcześniej zemdlałam. Leżałam tam gdzie przed zamknięciem oczu, jednak obok mnie, leżało szare, zwinięte w kłębek szczenię. Przede mną siedział Shayning, trzymając czarno-białą istotkę... Czyżbym nie spała? Co się wcześniej stało?
- Nazwiemy ich Altair i Hope - powiedział zadowolony Shay. Ja jednak zdziwiona wlepiałam w niego wzrok.
- Sh-Shay... Co się stało?
- Nie żartuj. Urodziły się nasze dzieci. Tak jak chciałaś - powiedział spokojnie, wciąż patrząc na małą. Ale jak to? Przecież zemdlałam! A może... A może tylko straciłam świadomość...? Ogarnęłam się i spojrzałam na Altaira. Był taki podobny do Shaya...
Spojrzałam na niego słabo. Coś zaklekotało ale byłam zbyt osłabiona aby się tym przejąć. Za to Shay nastroszył sierść i postawił uszy.
- Bariera... - wychrypiałam. I rzeczywiście. Bariera pękała, niczym lustro. Coś napierało od zewnętrznej strony. Przebił ścianę, która pękła na miliardy kawałeczków. Demon.
Chciałam wstać, ale byłam zbyt słaba i upadłam. Shayning podał mi Hope i rzucił się na demona. Przybliżyłam do siebie szczeniaki. Altair z otwartym pyszczkiem obserwował ojca.
Kiedy demon skonał, upadł obok Altaira. Ciekawski szczeniak położył na nim swoją łapkę.
- NIE! - wydyszał Shay, ale było już za późno. Ciało demona zaczęło się powoli rozpadać, a ze szczelin, które się tworzyły, zaczęła wyciekać czarna smuga. Zakaszlałam. Wszystko zaczęło się rozmazywać.
Dusza Altaira wchłonęła czarne smugi. Widziałam to. Wzrok szczeniaka zamglił się. Wilczątko upadło pod moje łapy. Hope zapiszczała.
- Nie... - załkałam.
Nie żyło. Altair nie żył. Ciało demona rozpadło się w cień. Nie nawiedziłam ich. Zabili mi syna.
Shay opadł obok mnie. To nie mogło się tak skończyć. Nie mogło... Zaraz. Spojrzałam zamglonymi, załzawionymi oczyma na Shaya. On odwzajemnił spojrzenie. Chwyciłam go za łapę i posadziłam ją sobie na łopatce. Drugą dotknęłam szczeniaka.
- Anashelle..? - zapytał Shay. Rzuciłam mu szybkie spojrzenie. Jego poduszki łap zajarzyły się morskim światłem, moje białym. Czułam jakby ktoś wstrzyknął we mnie dawkę energii. Skupiłam się na dziecku. Do moich oczu wlewały się łzy, zalewając widok, więc je zamknęłam. Moja moc przepłynęła przez ciało Altaira, szukając jego duszy. Jednak jej tam nie było. Tak jak się spodziewałam. Jednak wyczułam coś jeszcze... złego. Mrocznego. Zignorowałam to i skupiłam się bardziej. Czułam, jak powoli słabnę i mdleję. Coś wyczułam. Tak! Dusza wraca. Udało się!
Otworzyłam gwałtownie oczy i zabrałam łapę, przerywając kontakt. Wystarczyło czekać.
Spojrzałam na Shaya a on odwzajemnił spojrzenie. Mała Hope, leżała skulona obok. Zrobiło mi się jej żal, cały czas ją ignorowałam. Przytuliłam swoje drugie szczenię.
<Shay?>
Od Shayninga CD Anashelle
Bariera zafalowała pod moim ciałem. Czy mi się zdawało, czy ona ma mniejsze parcie...? Już nie czuje się jak korek w butelce.
Anashelle też to wyczuła.
- Spokojnie - ostrzegła mnie. - Wciąż nie przepuszcza demonów.
Pokiwałem powoli głową. Anashelle zajęła swoje legowisko, wciąż rozcierając swoją szyję. Zauważyłem, że mała blizna która została, powoli znika.
Dobrze, że znała się na medycynie. Otrzepałem futro i położyłem łapę na barierze. Postanowiłem ją własnoręcznie wzmocnić. Moje poduszki zajarzyły się morskim światłem. Bariera zafalowała fioletowym światłem. Stała się twardsza, ale tylko odrobinę. Westchnąłem.
Anashelle dmuchnęła, a z pyska wyleciała jej błękitna mgiełka, która osiadła na ścianie. Po chwili kaszlnęła. Zmartwiłem się.
- Pozwól, że ja będę pilnować bariery.
Pokiwała słabo głową. Po chwili jaskinię przedarł mrożący krew w żyłach pisk. Anashelle zwinęła się w kłębek, piszcząc.
Przeraziłem się.
- ANA CO SIĘ DZIEJE!?
< Anashelle? Masz xD >
Anashelle też to wyczuła.
- Spokojnie - ostrzegła mnie. - Wciąż nie przepuszcza demonów.
Pokiwałem powoli głową. Anashelle zajęła swoje legowisko, wciąż rozcierając swoją szyję. Zauważyłem, że mała blizna która została, powoli znika.
Dobrze, że znała się na medycynie. Otrzepałem futro i położyłem łapę na barierze. Postanowiłem ją własnoręcznie wzmocnić. Moje poduszki zajarzyły się morskim światłem. Bariera zafalowała fioletowym światłem. Stała się twardsza, ale tylko odrobinę. Westchnąłem.
Anashelle dmuchnęła, a z pyska wyleciała jej błękitna mgiełka, która osiadła na ścianie. Po chwili kaszlnęła. Zmartwiłem się.
- Pozwól, że ja będę pilnować bariery.
Pokiwała słabo głową. Po chwili jaskinię przedarł mrożący krew w żyłach pisk. Anashelle zwinęła się w kłębek, piszcząc.
Przeraziłem się.
- ANA CO SIĘ DZIEJE!?
< Anashelle? Masz xD >
środa, 25 lutego 2015
Od Anashelle CD Shayninga
- Shayning? - zapytałam. Na dworze było ciemno i mogę przysiąc, że jest noc.
- Ana... Obudziłaś się?
- Tak. Gdzie idziesz? Jeszcze nie jest rano...
- Muszę coś sprawdzić. Zaraz przyjdę - uśmiechnął się i wyszedł po za barierę.
Znów byłam sama. Postanowiłam się przejść. Cały dzień siedziałam w jaskini i siedziałam bezczynnie. Wstałam i otrzepałam się z siana.
Dotknęłam bariery łapą i przez chwilę nic nie robiłam. Po raz pierwszy przez nią przeszłam. Miałam wrażenie, jak by na moim futrze osiadła woda. Całkiem, jakbym weszła pod wodospad.
Szłam przez las. Nagle coś przywarło mnie do drzewa. Demon. Krzyknęłam, ale dźwięk przypominał bardziej pisk. Zaczęłam się dusić.
W pewnym momencie kreatura puściła, zamieniając się w chmurę dymu. Złapałam się za szyję. była otarta, ale ciekła z niej krew. Widziałam, jak osadza się na mojej łapie. Z mroku wybiegł Shay.
- Ana!
- Czajnik...- pokazałam krew. Basior obejrzał ranę i przyłożył do niej łapę. Jęknęłam, ale po chwili było już lepiej. Po ranie nie było już śladu.
- Co przyszło ci do głowy?! - krzyknął Shay przełykając łzy. - Mało co nie dostałem zawału!
- Prze... Przepraszam... - pisnęłam. Partner tylko objął mnie i wróciliśmy do jaskini.
<Shay?>
- Ana... Obudziłaś się?
- Tak. Gdzie idziesz? Jeszcze nie jest rano...
- Muszę coś sprawdzić. Zaraz przyjdę - uśmiechnął się i wyszedł po za barierę.
Znów byłam sama. Postanowiłam się przejść. Cały dzień siedziałam w jaskini i siedziałam bezczynnie. Wstałam i otrzepałam się z siana.
Dotknęłam bariery łapą i przez chwilę nic nie robiłam. Po raz pierwszy przez nią przeszłam. Miałam wrażenie, jak by na moim futrze osiadła woda. Całkiem, jakbym weszła pod wodospad.
Szłam przez las. Nagle coś przywarło mnie do drzewa. Demon. Krzyknęłam, ale dźwięk przypominał bardziej pisk. Zaczęłam się dusić.
W pewnym momencie kreatura puściła, zamieniając się w chmurę dymu. Złapałam się za szyję. była otarta, ale ciekła z niej krew. Widziałam, jak osadza się na mojej łapie. Z mroku wybiegł Shay.
- Ana!
- Czajnik...- pokazałam krew. Basior obejrzał ranę i przyłożył do niej łapę. Jęknęłam, ale po chwili było już lepiej. Po ranie nie było już śladu.
- Co przyszło ci do głowy?! - krzyknął Shay przełykając łzy. - Mało co nie dostałem zawału!
- Prze... Przepraszam... - pisnęłam. Partner tylko objął mnie i wróciliśmy do jaskini.
<Shay?>
Od Shayninga CD Anashelle
Przetarłem oczy. Byłem równie zmęczony. Chciałem spać, ale nie mogłem. Nie dlatego, że musiałem pilnować Any. Coś mnie blokowało.
Ziewnąłem. Ułożyłem się obok. Miałem nadzieję, że zasnę.
Noc przybrała swoją pełnię. Było tak ciemno, że nic nie widziałem. Gdyby nie dźwięki, myślałbym, że umarłem.
Po chwili zapadłem w ciemność.
Śniły mi się dziwne i nienaturalne rzeczy. Najpierw znalazłem się na polance, przed jaskinią Anashelle. Polana wyglądała inaczej. Brakowało trawy w tej części, jaskinia nie była porośnięta bluszczem, ani co gorsza, nie posiadała zabezpieczenia. Wszędzie kłębił się dym.
- Szayning, uważaj! - usłyszałem znajomy głos po czym coś gorącego otarło mi się o łopatki. Skoczyłem przed siebie. Po chwili usłyszałem krzyk i ambitny kaszel, przerywany śmiechem.
Skądś znałem tą sytuację. Deża vi? Coś upadło z głuchym łoskotem obok mnie. Przywarłem do ziemi i zacząłem pełzać przez pył w stronę dźwięku. Coś odepchnęło mnie na bok i nagle zobaczyłem znajomą twarz.
Kiiyuko.
Skąd..?
Pył opadł. I teraz wszystko widziałem. To ona kaszlała. To Sombra krzyczała "Uważaj" i ona mnie odepchnęła. Śmiech należał do Jacka, który miał podbite oko.
A Lionel upadł na ziemię.
Wszystko pamiętam. Pamiętam to zdarzenie!
Nagle się obudziłem. Odetchnąłem. Był środek nocy, partnerka jeszcze spała. Czemu akurat ten moment mi się przyśnił?
Coś zadudniło, a ja poderwałem się z miejsca. Co... Co to było? Serce zabiło mi jak szalone, po czym zwolniło swój rytm. Spokojnie... Może coś zleciało na zewnątrz. Chciałem znowu się położyć, lecz ktoś znowu zapukał. Co do...?
Spojrzałem w stronę wejścia. W ciemnościach fioletowawy odcień bariery ledwo się kołysał. Jednak za nim...
Ujrzałem ciemny kształt. Wystraszyłem się. Cień poruszył się i zapukał znowu. Może to ktoś z przyjaciół?Jeśli to wilk, to czemu po prostu nie wejdzie...? Nagle ciarki mnie zjadły. A może to demon...? W takim razie tu nie wejdzie.
Powoli podszedłem. Ciemny kształt nabrał ostrości. Teraz wiedziałem, że to wilk. Jednak nie nabrał kolorów. Albo był naturalnie czarny, albo to przez cień rzucany przez bluszcz.
Ana obudziła się.
< Ana? >
Ziewnąłem. Ułożyłem się obok. Miałem nadzieję, że zasnę.
Noc przybrała swoją pełnię. Było tak ciemno, że nic nie widziałem. Gdyby nie dźwięki, myślałbym, że umarłem.
Po chwili zapadłem w ciemność.
Śniły mi się dziwne i nienaturalne rzeczy. Najpierw znalazłem się na polance, przed jaskinią Anashelle. Polana wyglądała inaczej. Brakowało trawy w tej części, jaskinia nie była porośnięta bluszczem, ani co gorsza, nie posiadała zabezpieczenia. Wszędzie kłębił się dym.
- Szayning, uważaj! - usłyszałem znajomy głos po czym coś gorącego otarło mi się o łopatki. Skoczyłem przed siebie. Po chwili usłyszałem krzyk i ambitny kaszel, przerywany śmiechem.
Skądś znałem tą sytuację. Deża vi? Coś upadło z głuchym łoskotem obok mnie. Przywarłem do ziemi i zacząłem pełzać przez pył w stronę dźwięku. Coś odepchnęło mnie na bok i nagle zobaczyłem znajomą twarz.
Kiiyuko.
Skąd..?
Pył opadł. I teraz wszystko widziałem. To ona kaszlała. To Sombra krzyczała "Uważaj" i ona mnie odepchnęła. Śmiech należał do Jacka, który miał podbite oko.
A Lionel upadł na ziemię.
Wszystko pamiętam. Pamiętam to zdarzenie!
Nagle się obudziłem. Odetchnąłem. Był środek nocy, partnerka jeszcze spała. Czemu akurat ten moment mi się przyśnił?
Coś zadudniło, a ja poderwałem się z miejsca. Co... Co to było? Serce zabiło mi jak szalone, po czym zwolniło swój rytm. Spokojnie... Może coś zleciało na zewnątrz. Chciałem znowu się położyć, lecz ktoś znowu zapukał. Co do...?
Spojrzałem w stronę wejścia. W ciemnościach fioletowawy odcień bariery ledwo się kołysał. Jednak za nim...
Ujrzałem ciemny kształt. Wystraszyłem się. Cień poruszył się i zapukał znowu. Może to ktoś z przyjaciół?Jeśli to wilk, to czemu po prostu nie wejdzie...? Nagle ciarki mnie zjadły. A może to demon...? W takim razie tu nie wejdzie.
Powoli podszedłem. Ciemny kształt nabrał ostrości. Teraz wiedziałem, że to wilk. Jednak nie nabrał kolorów. Albo był naturalnie czarny, albo to przez cień rzucany przez bluszcz.
Ana obudziła się.
< Ana? >
Od Shayninga CD Katriny
Nikt się nie zgłosił. Widocznie nikt nie miał lepszego pomysłu. W końcu ja nieśmiało podniosłem rękę, a że jaskinia była mała, nas trzech, nie było możliwości, że mnie nie zauważą.
- Em... Mówisz, że mamy użyć najsilniejszą moc, tak? To co takiego może zdziałać woda?
- Utopić, zgasić, nie wiem. - mruknęła Katrina machając lekceważąco ręką, aż kasztanowe pióro Hivera, które trzymała w ręce, o mało nie wypadło. - Potrafisz zmieniać postać wody, nie? Możesz go zamrozić.
- To nie jest takie łatwe - mruknąłem. - Do dyspozycji potrzebuje naprawdę mroźnego klimatu. Nie mam zamrażalki w ciele.
- Przypomnij sobie twój największy atak jaki zdołałeś wytworzyć - podpowiadała Katrina.
- Kiedyś stworzyłem ogromną falę z niczego, aby powalić smoka, który trzymał Anashelle - wzruszyłem ramionami.
- Możesz zrobić taką samą na wojnie?
- Eee... Raczej nie. Byłem wtedy bardzo zły.
- No to się rozzłość! - wykrzyknął Kimm.
- To nie jest takie łatwe! - również krzyknąłem zirytowany.
- Pomogę ci - odparł. - Wyobraź sobie, że wędrujesz po terenach, bardzo głodny...
Zamknąłem oczy. Dobrze znany mi ból brzucha powrócił w głowie.
- ... I tak szukasz i szukasz tego jedzenia, ale nic nie możesz znaleźć. Zaczyna cię ogarniać smutek i rozpacz. Jesteś coraz bardziej słabszy. I nagle patrzysz, a tam .... Wielka, ogromna babeczka, polana smaczną ciepłą czekoladą, rozpływającą się po jej cukrowych ściankach...
Głos przyjaciela rozmarzył się. Nie byłem ofiarą cukru więc trudno mi było to sobie wyobrazić.
- ...I kolorowa posypka, niczym kwiaty na łące... Wszystko to tak pięknie pachnie, aż ślinka cieknie... A wokół latają małe różowe wróżki które śpiewają chóralnie. Zaczynasz robić się coraz bardziej głodny, masz chrapkę na tą babeczkę. I tak podchodzisz coraz bliżej i bliżej...
Głos Kimmiego zaczął przyśpieszać.
- I NAGLE NI STĄD NI ZOWĄD WYSKAKUJE CI TAKI WIELKI TŁUSTY GRUBAS, TŁUSTSZY OD BABECZKI ,ZWANY DAJMANO ZABIERA CI TĄ BABECZKĘ POŻERA W CAŁOŚCI I MLASKA AŻ ŚWIAT SIĘ TRZĘSIE, Z TYM GŁUPIM UŚMIECHEM NA PYSKU...
Otworzyłem gwałtownie oczy. Na policzkach Kimmiego malowały się czerwone plamy, wyglądał na rozzłoszczonego, z czego ja nic nie poczułem. Odetchnął nagle i spojrzał pytająco.
- I co? Pomogło?
- Eeee... Raczej nie.
- Psia kość!
< Kimm? Kat? >
- Em... Mówisz, że mamy użyć najsilniejszą moc, tak? To co takiego może zdziałać woda?
- Utopić, zgasić, nie wiem. - mruknęła Katrina machając lekceważąco ręką, aż kasztanowe pióro Hivera, które trzymała w ręce, o mało nie wypadło. - Potrafisz zmieniać postać wody, nie? Możesz go zamrozić.
- To nie jest takie łatwe - mruknąłem. - Do dyspozycji potrzebuje naprawdę mroźnego klimatu. Nie mam zamrażalki w ciele.
- Przypomnij sobie twój największy atak jaki zdołałeś wytworzyć - podpowiadała Katrina.
- Kiedyś stworzyłem ogromną falę z niczego, aby powalić smoka, który trzymał Anashelle - wzruszyłem ramionami.
- Możesz zrobić taką samą na wojnie?
- Eee... Raczej nie. Byłem wtedy bardzo zły.
- No to się rozzłość! - wykrzyknął Kimm.
- To nie jest takie łatwe! - również krzyknąłem zirytowany.
- Pomogę ci - odparł. - Wyobraź sobie, że wędrujesz po terenach, bardzo głodny...
Zamknąłem oczy. Dobrze znany mi ból brzucha powrócił w głowie.
- ... I tak szukasz i szukasz tego jedzenia, ale nic nie możesz znaleźć. Zaczyna cię ogarniać smutek i rozpacz. Jesteś coraz bardziej słabszy. I nagle patrzysz, a tam .... Wielka, ogromna babeczka, polana smaczną ciepłą czekoladą, rozpływającą się po jej cukrowych ściankach...
Głos przyjaciela rozmarzył się. Nie byłem ofiarą cukru więc trudno mi było to sobie wyobrazić.
- ...I kolorowa posypka, niczym kwiaty na łące... Wszystko to tak pięknie pachnie, aż ślinka cieknie... A wokół latają małe różowe wróżki które śpiewają chóralnie. Zaczynasz robić się coraz bardziej głodny, masz chrapkę na tą babeczkę. I tak podchodzisz coraz bliżej i bliżej...
Głos Kimmiego zaczął przyśpieszać.
- I NAGLE NI STĄD NI ZOWĄD WYSKAKUJE CI TAKI WIELKI TŁUSTY GRUBAS, TŁUSTSZY OD BABECZKI ,ZWANY DAJMANO ZABIERA CI TĄ BABECZKĘ POŻERA W CAŁOŚCI I MLASKA AŻ ŚWIAT SIĘ TRZĘSIE, Z TYM GŁUPIM UŚMIECHEM NA PYSKU...
Otworzyłem gwałtownie oczy. Na policzkach Kimmiego malowały się czerwone plamy, wyglądał na rozzłoszczonego, z czego ja nic nie poczułem. Odetchnął nagle i spojrzał pytająco.
- I co? Pomogło?
- Eeee... Raczej nie.
- Psia kość!
< Kimm? Kat? >
Od Anashelle CD Shayninga
Shay patrzył na mnie wystraszony.
- Ana! Wszystko OK?
- Nie... za... bardzo... - wydukałam. Pękała mi głowa. Wszędzie te informacje o wojnie... Teraz tylko ja jestem szamanką, więc mam tak ze dwa razy więcej roboty. To wszystko to za dużo jak dla mnie.
- O co chodzi?
- O nic - popatrzyłam na niego. Wskoczył szybko i położył się obok mnie.
- Przepraszam... Nie powinienem wychodzić po nocy i zostawiać cię samej...
- Nie będę cię tu trzymać na uwięzi - odparłam. Ostatnie, co zobaczyłam przez zaśnięciem, był uśmiech Shayninga...
<Shay?>
- Ana! Wszystko OK?
- Nie... za... bardzo... - wydukałam. Pękała mi głowa. Wszędzie te informacje o wojnie... Teraz tylko ja jestem szamanką, więc mam tak ze dwa razy więcej roboty. To wszystko to za dużo jak dla mnie.
- O co chodzi?
- O nic - popatrzyłam na niego. Wskoczył szybko i położył się obok mnie.
- Przepraszam... Nie powinienem wychodzić po nocy i zostawiać cię samej...
- Nie będę cię tu trzymać na uwięzi - odparłam. Ostatnie, co zobaczyłam przez zaśnięciem, był uśmiech Shayninga...
<Shay?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)